Ziemia Kępińska

Prasa lokalna - Kępno i okolice

Reklama:

„WSPOMNIENIA” Jana Lorenca

Od pierwszego marca 1956 roku dzięki protekcji pana Piotra Sikory dostałem pracę w III odcinku drogowym PKP w Kępnie. Działka robocza swoim zasięgiem obejmowała teren od stacji Buczek aż po semafor wjazdowy do stacji Kępno Główne. Wszystkie stacje: Trzcinica, Laski – Smardze, Mroczeń i Kępno Zachodnie obsadzone były przez dyżurnych ruchu. Pełnili oni służbę 12 / 24 zaś dróżnicy przejazdowi mieli współczynnik 2 / 3 tj. 16 godzin pracy, 8 godzin wolne. Praca była naprawdę ciężka. Osiem podkładów na jednego pracownika do wymiany – tj. zawiezienie na szlak, wymiana i zwózka wymienionych do stacji, a także ich sztaplowanie. Wyjazd do pracy z domu godzina 5.20, powrót 16.30. Nikt się nie pytał czy to komu odpowiada. Konkurencja na rynku pracy była bardzo duża. Pielenie torów z torowiskiem wynosiło 5 metrów szerokości i 42 metry długości (fachowo siedem lingów czyli siedem razy sześć metrowe szyny produkcji Kenigschite 1905 rok). Przy temperaturze 35 stopni można sobie tą pracę wyobrazić. Przybyli do pracy w działce UB-owcy wytrzymywali najwyżej 2-3 miesiące. Przy biciu ludzi tak mocno się nie męczyli, o czym starsi kolejarze nie omieszkali im przypominać. Torowy bardzo mnie lubił. Przy montowaniu nowego rozjazdu brał mnie do pomocy i wszystko objaśniał. Mawiał czasem – będą z Ciebie ludzie. Cztery dni pod koniec miesiąca ściągano mnie do pracy biurowej w odcinku drogowym. Mój miesięczny zarobek to 250 zł. Zaproponowano mi egzamin pisemny i ustny do trzeciej grupy roboczej. Egzamin wypadł dobrze i za zgodą oddziału drogowego w Ostrowie przystąpiłem do egzaminu na czwartą grupę roboczą z uposażeniem zasadniczym 350 zł + 20 % premii miesięcznie. Jadzię taki obrót sprawy bardzo ucieszył. Tym bardziej, że już chodziła w ciąży z drugim dzieckiem. Roboty nie brakowało, także w naszym polu i domowym obejściu. W zaistniałej sytuacji największym wsparciem darzyła nas babcia Marcjanka. To była ta generacja która przeżył I i II Wojnę Światową. Ona była gotowa do niesienia pomocy potrzebującym w każdej chwili. Doświadczona głębokimi przeżyciami rodzinnymi – śmierć syna, córki i męża w przeciągi 3 lat. Wiele ją to kosztowało, ale nigdy nie rościła pretensji do Boga, że ją tak doświadczał. Ten kręgosłup moralny nigdy nie podlegał załamaniu. Takich ludzi potrzebują czasy dzisiejsze.

We wrześniu 1956 poprosiłem o przeniesienie do stacji Słupia na stanowisko robotnika, a później zwrotniczego. Była to praca turnusowa na miejscu, 300 metrów od domu. Zgłosiłem się do zawiadowcy stacji pana Kieszkowskiego, który z pewnymi oporami, ale wyraził zgodę. Przeniesienie z odcinka załatwił mi brat moje żony – Stefan. Był on kierownikiem referatu technicznego w Ostrowie Wlkp. – w pionie służby ruchu. Przy zgłoszeniu się do pracy przy zawiadowcy stacji Słupia rzekłem: „Panie zawiadowco nigdy nie byłem kapusiem i nie będę teraz, a tego, że pan mnie przyjął nigdy nie będzie żałował”. Dostałem bojowe zadanie opielić cały peron I. Pożyczyłem od toromistrza pana Dąbrowskiego prostą haczkę, naklepałem ją na szynie i za pięć godzin rozebrany do spodenek cały peron długości 200 metrów był oplewnięty, a do godziny 18.00 wygrabiony, a chebzie wywiezione na śmietnik. Zawiadowca skwitował: „Przecież tu nie obóz pracy!” Ależ w działce raz tak jeszcze musiałem się narobić – odpowiedziałem. Porządki w pomieszczeniach stacji i w rejonie doprowadziłem wojskowym zwyczajem do perfekcji. Koledzy mieli trochę kłopotu jak odbierałem od nich służbę, a dyżurni ruchu mieli uciechę. Najgorzej było z oświetleniem semaforów lampami naftowymi. Jak oświetliłem, a się zakopciły to w wolnym czasie musiałem iść na stacje i je wyczyścić. Starzy kolejarze nie przepuścili. Po kursie zwrotniczych zarabiałem tyle jak poprzednio, z nockami 350 zł. Dyżurni ruchu za dużo się jednak mną wysługiwali w swojej robocie. 24 godziny wolnego po nocnej służbie było bardzo dobre do takiego chłopo – robotnika jak ja.

Okres drugiej ciąży żony dobiegał końca. 3 października 1956 roku bóle porodowe przychodziły co pół godziny, ale moja małżonka musiała się wybrać ze mną na pole, z koszykiem po koniczynę dla królików. Drogę powrotną stanowiły częste przysiady. Po powrocie do domu otrzymałem polecenie od żony aby szybko wezwać pogotowie. W ciągu dwóch godzin urodził się drugi synuś z uzgodnionym między nami i babcią imieniem Andrzej. Postępowanie z nadmiarem żółtaczki w szpitalu załatwiono jak u Piotrusia. Dużo młodych matek skorzystało z bylicy. Najlepsze było spotkanie tych dwoje braciszków. Andrzejka położono w beciku na łóżku obok starszego o 1,5 roku Piotrusia. Ten jak zobaczył, że Andrzej doi smoczka, swojego wyrzucił i więcej nie wziął do buzi. Taki to był fetniak z tego Piotrusia. Jedno szczęście, że ten nasz noworodzinny nabytek był bardziej pracowity przy korzystaniu z piersi matki. Dostał swoje i spał snem sprawiedliwego. Szczególnie lubiany przez babcie.

W roku 1957 zgłosiłem się na kurs dyżurnych ruchu w Łodzi na sześć miesięcy. Przyjęcie obwarowane egzaminem wstępnym, bo miałem tylko cztery klasy gimnazjum. Zaś wszystkim Ubowcom zaliczono średnie wykształcenie z urzędu. Mój egzamin wypadł dobrze, a pierwszą klasówkę z zastosowanie prawa Ohma wyliczyło nas dwoje. Taki to był element. Miałem bardzo dobrego kolegę z Bydgoszczy. Jego ojciec pracował jako nastawniczy. Zaś jego narzeczona dostawała 100 dolarów miesięcznie od swojego wujka z Ameryki. Zatem ten kolega Tojza też był ciepły. On szykował smarowanie – przetopiony tłuszcz z kiełbasą i cebulą. Czasem nawet na cały miesiąc wykupił mi obiady w stołówce zakładowej, a mnie proponował bym coś kupił tym moim maluchom. Myśmy naprawdę pilnowali nauki na bieżąco. Jego wierność do narzeczonej bardzo mi się podobała – chwaliłem go za to. Pewnego razu wyjął z kieszeni piękny różaniec i pyta: Co to jest?. Odparłem – no różaniec. Tak, zgadza się, ale to jest różaniec od samego księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego. Pilnowałem go w Komańczy jako zwykły żołnierz KBW i został mi podarowany przez Niego w trakcie spaceru. Kolega Tojza służbę wojskową pełnił w plutonie radzistów. Na eliminacjach w Warszawie zajął I miejsce. Zaś w konkursie wszystkich rodzaji sił zbrojnych także nie miał konkurenta. Awansowano go do stopnia pełnego porucznika. Ruch pociągów na PKP prowadzony był za pomocą alfabetu Morsea. Zatem każdy dyżurny ruchu musiał pracować takim alfabetem. Wykładowca dostarczył teksty na papierze i trzeba było je przepisywać. U Tojzy trwało to 5 minut. Wykładowca spojrzał na wydruk i rzekł: Pan może w ogóle na moje zajęcia nie przychodzić. Był on ewenementem, ale za to najbardziej skromnym. Po dwóch miesiącach nauki namówił mnie na przedterminowy egzamin ścisły w DOKP Łódź. Zdawaliśmy przed samym wicedyrektorem d.s. łączności. Żeby nas rozluźnić przed samym egzaminem opowiedział nam kawał. „W ZSRR uciekają wielbłądy, a między nimi zajączek. Pyta on wielbłądy: dlaczego wy uciekacie? A no bo nas chcą wykastrować. A ty zajączku? Bo zanim im udowodnię, że nie jestem wielbłądem to oni mnie też wykastrują”. Pan Menhart bardzo lubił „ZSRR” – szczególnie za rodzinny Lwów. Potem na prośbę kierownika ośrodka każdemu z nas przydzielono połowę kursantów do prowadzenia nauki własnej z zakresu urządzeń zabezpieczenia ruchu pociągów. Temat był bardzo trudny dla ubeków. Pierwsze miejsce na zakończenie kursu zdobył Tojza Czesław, drugie miejsce Lorenc Jan. Otrzymaną książkę w nagrodę – „Czas nieutracony” Lema nie zdobył u mnie uznania. W ogóle tej książki nie przeczytałem. Tojza bez egzaminu wstępnego dostał się na Politechnikę Warszawską. Całą akcją żniwną tego roku w domu moje żony kierowali: szwagier Stefan i Heniu. Pomagali jak tylko mogli. Przydział po kursie najpierw do stacji Słupia, a później do stacji Biskupice koło Kluczborka. Porządek na tej stacji był okropny. Jedno skrzydło okna wyszorowałem sam na pokaz, a potem egzekwowałem. Ruch pasażerski był bardzo duży. Komposter obsługiwałem dwiema rękami. Załadunek wagonów towarowych był także duży.

Życie rodzinne toczyło się zdrowo, mieliśmy dużo radości od naszych maluchów. Pięknego wiosennego dnia 1959 roku usłyszałem od żony „Janek jestem chora”. Czy przypadkiem nie na młode kości – zażartowałem. Tak tak, mam siedzieć. Janek ja to po prostu czuję. Pocieszyłem ją że na pewno będzie ta jej upragniona dziewczynka. Ale z ogonkiem – dodała. Fakt ten nie był rozgłaszany, a nowego członka rodziny mieliśmy witać w połowie grudnia. Jeszcze w październiku chodziliśmy do zbierania ziemniaków, wyrabiania buraków pastewnych i cukrowych – to była normalka. Im więcej pracy w ciąży tym mnie bólu przy porodzie. Dnia 14 grudnia w dzień moich urodzin ta nasza Ona czy On zaczęła się domagać wolności. Mówiłem więc, że razem będziemy obchodzić urodziny – ono pierwsze, ja 29. Ale te pukanie było tylko próbne. Faktyczne urodziny wg określenia żony kozielca (od kozła) nastąpiło dopiero 16 grudnia. Jak zwykle miałem strach przed porodem. Dobrze mieć babcię która obskoczyła wszystko co było do zrobienia przy dzieciach, w obejściu i oborze, a miała już swoje 64 lata. Pocieszała też zawsze swojego najmłodszego zięcia. Oficjalnie z napisanej przez żonę kartki wynikało, że urodził się trzeci syn. Żal mi było Jadzi, że nie ma dziurawego wojaka. A małym tłumaczyłem, że znów mają braciszka. Babka te moje wypowiedzi traktowała z lekkim jakby tajemniczym uśmieszkiem. Ty tak na mnie nie patrz, jak ja bym miała inne wiadomości bo naprawdę nic nie wiem. Dopiero jak pojechałem odebrać dziecko to rozpromieniona żona rzekła: I co Janek, uwierzyłeś w synka? Ha ha, nabrałam Cię. Teraz to ja jestem prawdziwą matką. Masz, trzymaj tą naszą uproszoną Dorotkę. Razem poszliśmy zgłosić chrzest do księdza. Ksiądz proboszcz zawyrokował, że Dorotka to nie jest imię święte. Odrzekłem, że imię te znajduje się w Żywotach Świętych – to musi być święte. No i udało się. Teraz wszystko kręciło się wokół naszego Aniołka. Po cichu nuciłem: Ta Dorotka, ta malutka tańcowała do kolutka, tańcowała ranną rosą i tupała piętką bosą. Szczęście kwitło, ale roboty przybyło, prania szczególnie – wszystko na ręcznej tarce. Pranie musiało być wygotowane na piecu w zwykłym parowniku. To nasze stworzonko było ciche i spokojne, nie chorowało, a w razie czego siostra Adamska załatwiała wszystko. Zawsze mówiono: Chłopcy cicho bo dzidzia śpi. Chrzestnym był brat żony – Stefan i moja siostra Terenia, późniejsza gospodyni u księdza proboszcza Walkiewicza. Piotruś i Andrzej musieli jej ustępować, jakby mogło być inaczej. Ta „pszczółka Maja” mogła robić wszystko. Ojciec chrzestny prawie w każdą niedziele przyjeżdżał na odwiedziny. Mama Dorotki była najmłodszą córką państwa Zająców, urodzoną w 1932 roku, a syn Stefan w 1915 roku. Był najlepszym jej braciszkiem i zawsze mówił, że jest Jadzinką – Aniołkiem. Wujek chrzestny bardzo dbał teraz o Dorotkę.

Updated: 19 maja 2015 — 20:35
Reklama:

Nasza prasa obejmuje swym zasięgiem cały powiat kępiński (gminy: Baranów, Bralin, Kępno, Łęka Opatowska, Perzów, Rychtal i Trzcinica). W skład tej grupy mediów wchodzi dziennik - portal ziemiakepinska.pl i gazeta drukowana - czasopismo "Ziemia Kępińska".
Na terenie powiatu działają jeszcze inne lokalne media (innych wydawców): Kepnianie.pl, Twój Puls Tygodnia, Tygodnik Powiatowy, Radio Sud, Gazeta Bezpłatna Kurier Lokalny Powiatu Kępińskiego, Tygodnik Kępiński. Polecamy również zaprzyjaźnione forum Kympno.pl
Ziemia Kępińska © 2014
Frontier Theme
Przeczytaj poprzedni wpis:
biblioteka-plakat
Noc Bibliotek w Kępnie

W sobotę 30 maja 2015 r. Samorządowa Biblioteka Publiczna w Kępnie zaprasza na ogólnopolską Noc Bibliotek . Pełną atrakcji wieczorną imprezę...

Zamknij