Ziemia Kępińska

Prasa lokalna - Kępno i okolice

Reklama:

„WSPOMNIENIA” Jana Lorenca

Moja tragedia życiowa rozpoczęła się z chwilą przygotowań do ślubu w listopadzie brata Stanisława. Był taki przesąd, że z wybranką serca nie chodzi się na wesele bo przyszłe własne się rozleci. Zgodziłem się iść za starszego drużbę z dziewczyną – kuzynką panny młodej. Poczęstunek odbywał się w domu młodej pani, a potańcówka na sali pana Woźniaka (dzisiejszy sklep spożywczy). Orszak weselny prowadziła orkiestra dęta. Tańczenie z gruntu szło mi bardzo opornie. Po prostu nie umiałem tańczyć, a przysłowie „taniec nie robota, kto nie umie to sromota” – tańczyło mi po głowie. To wesele odbyło się jakby poza mną. Myślałem o Jadzi, która z koleżanką Franciszką obserwowała marsz na salę. Pokiwałem im ręką, ale to serdeczne spojrzenie Jadzinki dobiło mnie do reszty. Boże mój! Dlaczego ja się zgodziłem grać rolę starszego drużby?! Nie miałem żadnych predyspozycji ani umiejętności do zabawiania gości weselnych – zwykła mizerota taneczna. Nigdy w całym dotychczasowym życiu nie miałem takich wyrzutów sumienia jak w tym dniu. Wszystkie możliwe warianty tłukły się po mojej głowie, łącznie z zerwaniem przez najukochańszą naszej tak misternie utkanej więzi. Zrobiłem jakby harakiri naszej naprawdę czystej, szczerej miłości. Nie wytrzymałem. Zwierzyłem się tylko mojej mamie, że muszę iść i to zaraz do mojej Jadzi i prosić o wybaczenie tego elitarnego świństwa. Mama podała mi paczkę
z plackiem i wyrobami mięsnymi i powiedziała: Przeproś jak tylko potrafisz bo to naprawdę nie wyszło tak jak wyjść powinno. Z wejrzenia mamy Jadzi wynikało, że nie jest zachwycona zaistniałą sytuacją, ale kilkakrotne pocałowanie jej ręki i załamujące się moje słowa „przepraszam” oraz przyniesione wiktuały odsunęły czarne chmury w niepamięć. Było zwyczajnie, jak zawsze. Przeproszenie Jadzi to już nie załamujący się głos, ale zwyczajne płakanie, ściskanie i całowanie rąk. Zaś słowa „wybacz proszę, zlituj się nade mną” leciały moich ust same. To była jakby moja spowiedź z całego życia, a rozgrzeszenie otrzymałem od Jadziuni – wybaczam i kocham Cię całym sercem i zaraz swoją chusteczką otarła moje łzy i kazała wracać na wesele. Szczery pocałunek uspokoił moje serce, było mi lżej, o wiele lżej. Cała sytuacja zrobiła na mnie bardzo przykre wrażenie, bardzo przykre przeżycie – sam sobie to zgotowałem, że w każdej chwili, w każdym najodleglejszym czasie byłem gotowy pokutować za te moje chamstwo, za ten odrażający czyn. Przecież na zawsze mogłem stracić tą dziewczynę z którą już w 1943 roku przy paseniu gęsi najbardziej lubiłem się bawić. To ta sama przecież, którą chciałem mieć za siostrę w szkolnym przedstawieniu 1947 roku, a w 1948 napisałem kartę pocztową z Mysłowic z brygady. Wreszcie wzajemne czekanie na siebie przez okres 2,5 roku służby wojskowej – można to określić mianem dyskwalifikacji mojego człowieczeństwa. Okres jaki minął od tego czasu to tylko 56 lat. Ale ten mój wyczyn pozostaje we mnie jako drogowskaz dla wykazania jak bardzo trzeba uważać przed podjęciem każdej życiowej decyzji. Będę szczęśliwy jeżeli to moje wyznanie uchroni zakochanych przed takimi przeżyciami. Prawdziwa, szczera i dozgonna miłość przetrzyma wszystkie życiowe burze. Pod jednym wszak warunkiem – jeżeli jest umotywowana
i zakotwiczona w naszej wierze katolickiej. Zdanie „Jeżeli Pan Bóg jest na pierwszym miejscu to cała reszta rzeczy też jest na swoim miejscu” jest sentencją naszego bytowania – bez Boga ani do proga to wyznanie moich dziadków i rodziców ma swój bardzo głęboki sens życiowy. Po weselu wszystko wróciło do normy, ale strach przed przypomnieniem mojego zachowania zmuszał mnie do obowiązku nadrobienia, wynagrodzenia, większej wrażliwości, większej podzięki i uległości wobec moje wybranki. To się potwierdzało przez całe moje, potem już wspólne życie małżeńskie. Przypomnienie mojego zachowania było bardzo, ale to bardzo rzadko stosowane przez Jadzinkę. Tylko w skrajnym przypadku, np. przy zbyt mocnym zamykaniu drzwi i wtedy przypomnienie tego zachowania działało na mnie jak porażenie prądem 380 W. Refleks i szybkie przeproszenie tak jak szybkie było zamykanie drzwi.

W miesiącu grudniu 1953 roku zatrudniono mnie dorywczo na miesiąc w spółce wodnej, do oczyszczania rzeki Niesób z szuwar i zarośli. Praca ciężka, bez gumowych butów nie była łatwa. Zamarznięte brzegi rzeki rąbaliśmy siekierami, łopatami, czym się dało. Otrzymana wypłata starczyła na zakup materiału na ubranie oraz na bardzo tanie buty. Do ślubu brakowało koszuli, krawatu i pierścionków. Ojciec zakupił trochę alkoholu. Po tym całym wojsku pojechałem do homeopaty do Krotoszyna. Przyjął mnie za wielkim proszeniem. Oświecił latarkę w oczy i zapytał: Z jakiego więzienia wracasz? Wronek czy Rawicza? Odrzekłem: z WOP z granicy. Co wyście tam robili? Każdy centymetr twojego ciała jest przemarznięty. Jeżeli nie będziesz na siebie uważał to gruźlica gwarantowana.

Do pierwszego marca 1954 roku bawiłem się w krawca, zarobek mizerny. Wtedy melioracja potrzebowała pracowników. Zatrudniono mnie do czyszczenia rowów na łąkach koło Szumu – w bok od Bralina. Czyściliśmy  tylko  rowy  w środku gdzie nie  były  zamarznięte.  Skarpy    i równanie wyrzuconej ziemi kończyliśmy w kwietniu i maju. Zdążyłem zarobić na resztę rzeczy potrzebnym do wesela. Moja najdroższa w dniu zgłoszenia się do księdza proboszcza Walkiewicza na zapowiedzi była po raz pierwszy w domu u moich rodziców. Książki do czytania pożyczałem od księdza proboszcza, który żartując powiedział „popytamy, popytamy”, a ja ważniak po wojsku rzekłem „wcale się nie boję” i to był błąd. Mojej wybrance postawił trzy pytania i podziękował. Zaczęło się maglowanie Do dwudziestu pytań liczyłem na palcach. Potem przestałem, a Jadzia wiedząc, że ksiądz mnie pomęczy uśmiechnięta doliczyła do ponad trzydzieści. Przestał pytać kiedy mnie przyłapał na pytaniu co to jest powinowactwo. Wyjaśnił sam, ale ja czerwony jak burak i tak nie zapamiętałem. Ksiądz Walkiewicz z rozbrajającą szczerością wyznał: Wiesz bardzo dużo, ale mędrkowania nie popłaca, a pokora przebija niebiosa. Miałem swój zadarty do góry nos dokładnie przytarty. Wesele miało być w sobotę. To jednak księdzu proboszczowi nie odpowiadało. Odbył się więc ślub rzymski w niedziele 25.04.1954 roku na sumie. Ślub bardzo uroczysty. Za księdza proboszcza propozycją i naszą zgodą dołączyła do nas para młoda z Kuźnicy Słupskiej. Młoda pani była z domu Stróżyk. Cały tydzień przed weselem lało równo.

W niedziele od rana przywitała nas wspaniała pogoda. Do ślubu jechaliśmy bryczką konną, a powoził Jan Małolepszy, mąż mojej siostry Anieli. Ubrani byliśmy skromnie. Pożyczona suknia ślubna nie stanowiła w oczach naszych jakiegoś poniżenia. Wiązanka ślubna kupiona przez młodego pana była także skromna. Grono weselne to około 30 osób. Orkiestra podwórkowa, skrzypce, akordeon, organki z dzwonkami i bęben. Potańcówka miała miejsce u sąsiada Antoniego Lorenza. Kucharką była Nastusia – Nastka Szpunar z Janków. Potrafiła robić same smakołyki. Chwalona przy podaniu każdego rodzaju potraf. Prezentem największej wartości był komplet noży i widelców z których część jest nadal w użyciu. Sprezentowała to żona od brata teściowej z Drezdenka, który był tam dyrektorem rzeźni, a moja Jadzia pomagała przy bliźniakach. Wielkie prezenty, jakieś tam bogactwo nie było w naszym zamyśle. Nasze szczęście bycia razem było dla nas, naprawdę niebogatych ludzi najwyższym dobrem. Żadne słowa tego nie wyrażą. Spełnienie naszych marzeń było bogactwem ważniejszym od wszystkich bogactw świata. Śpieszę także uzupełnić zapiski o tym , że dwa miesiące przed weselem odbyły się tzw. „zmowiny”. W ustalonym dniu rodzice z synkiem Jankiem, który miał duszę na ramieniu ze strachu, wędrowali do Marcjanki – tak potocznie mówiono na matkę mojej dziewczyny, a to od imienia ojca Marcjana. Mój ojciec potrafił zagaić sprawę, był bardzo oczytamy „Skoro ci młodzi postanowili się pobrać to musimy ten wzajemny wybór uszanować”. Janek nigdy nam nie robił kłopotów wychowawczych. Skończył małą maturę, a potem po terminowaniu zdał egzamin krawiecki. My mu nic więcej nie potrafimy dać bo nas nie stać. Ledwo wiążemy koniec z końcem. Chłopak jest zdrowy, ale się szybko poci i na zawołanie oblałem się potem. Matka Jadzi rzekła: Janek nie bój się, nigdy od nas nie usłyszysz słów pogardy. Jadzia jest już właścicielką tego 2,5 ha ziemi wraz z zabudowaniami. Jest do wykonania tylko zapis testamentalny – w sumie 15 kwintali żyta spłaty dla Anieli i Stasi. My nie żądamy żadnej spłaty od was. My tylko potrzebujemy dobrego człowieka, dobrej chłopskiej ręki. Tej kobiecej męczarni od roku 1949 mamy już naprawdę dosyć. Spotkanie się zakończyło po kieliszku na każdą nogę, ale Janek już w drodze powrotnej rodzicom nie towarzyszył. Musiałem ochłonąć od tego „pocenia”. Matka Jadzi rzekła, to już po chajropie czyli po wszystkim. Dla nas młodych to była taka kąpiel na sucho. Wszystko trzeba przejść. Na nasze wesele najbardziej oczekiwał szwagier z Golęczewa, mąż Anieli. Zostawiono mu miejsce obok księdza Walkiewicza, który wchodząc do pokoju zapytał co to za człowiek. Wyjaśniłem i za chwile rozmawiając siedzieli obok siebie. Witold zastrzegł, że odprowadzi księdza z dostarczeniem koszyczka z potrawami na probostwo osobiście. Wrócił z probostwa za 2,5 godziny. Wtedy dowiedziałem się, że po śmierci Marcjana doszło między nimi do malutkiej różnicy zdań. Rozeszli się jednak po weselu jak bliscy znajomi. Wtedy to na probostwie wyjawił ilu księży zostało zwolnionych z jego poręki. Mianowicie: Jego przełożeni jak popili to on jako sekretarz sekretariatu prokuratury wojewódzkiej podsuwał im pisma o przedterminowe zwolnienie księży odsiadujących wyroki. Podpisy składali zamaszystym ruchem ręki. Takich zwolnień było naprawdę dużo. Nigdy jednak nie przyjął od zwalnianych żadnych gratyfikacji. Dożył sędziwego wieku 95 lat w dobrym zdrowiu i pełnej świadomości. Warto być dobrym człowiekiem, a odbicie dobroci wraca do tego, który dobro czyni. Ryzyko w tej grze było ogromne. On bezpartyjny człowiek. Przedwojenny pracownik sądu w Kaliszu. Miał jednak bardzo dobrą opinię jako nieprzeciętny fachowiec i to także w Warszawie w prokuraturze generalnej. W razie kontroli z ministerstwa sprawiedliwości rozmawiano tylko z nim. Prokuratorzy sądów doraźnych wyszkoleni w ciągu trzech miesięcy nie byli brani pod uwagę. Zaś o przedterminowych zwolnieniach księży wiedziała tylko zaufana pracownica sekretariatu, która należała do Sodalicji Mariańskiej. Pomagała ile mogła. Rozumieli się w bardzo dobrze.

Czerwiec 1956 roku. Mój szwagier Witold korzystał z urlopu wypoczynkowego – w związku z duża ilością pracy w swoim sadzie, a było tego 5 mórg. Zebrane owoce były wywożone do Poznania, lub kupcy odbierali na miejscu. Miał on szczęście, że był na urlopie w trakcie wypadków poznańskich. Jego sekretariat był dokładnie zdemolowany. Całe ściany, aż pod sufit oblano atramentem. Wszystkie dokumenty spalono na podwórzu sądu przy ulicy Młyńskiej. Wszystkich więźniów uwolniono siłą. Pracownicy zakładów naprawczych taboru kolejowego wraz z robotnikami z Cegielskiego, poradzili sobie z tym bez większego trudu. Strzępy niedopalonych oraz fragmenty różnych karnych postępowań, a szczególnie rejestry ładowane były przez Witolda do pieca w palarni. Działalność UB-ków, szpicli bardzo się wzmogła, ale zawziętość prokuratorów, a szczególnie z trzymiesięcznego szkolenia zmalała do zera. Zobaczyli co może zrobić naród i bardzo się wystraszyli. Szkoda, że premier Cyrankiewicz nie przyjechał do Poznania rozpędzić demonstrantów, tylko z Warszawy chciał poobcinać ręce tym co je podniosą na władzę ludową.

Nasze skromne wesele zakończyło się po godzinie 2.00. Do rana wszystko było pomyte i posprzątane. Poniedziałek miałem wolny od pracy, wtorek podróż poślubna do roboty i to z połówką i przygryzką dla naszej brygady. Połówka ta to była połówka „taty z mamą”, tj. ćwiartka spirytusu pomieszana z ćwiartką czystego soku wiśniowego własnej roboty. Gryzła się ponad 30 dni. Drugiego maja tego roku sześciu ludzi z melioracji przekazano do Kępna, do budowy stadionu koło kina „Sokolnia”. Praca była akordowa. Za jeden m3 – jedna obsypana lorka (taki kubiczny wagonik) płacono 6 zł. Trzeba było to załadować, wypchnąć ręcznie na odległość 50 i więcej metrów i rozplanować. Mordercza praca. Aby temu podołać kupowaliśmy 3 kg końskiej kiełbasy, była bardzo tania i 0,5 litra wódki na sześciu ludzi. Po upływie tygodnia mięśnie przestały nas boleć. Po miesiącu według naszych zapisywanych codziennie wyliczeń powinniśmy otrzymać około 1200 zł każdy. Natomiast komitet budowy chciał nam wypłacić połowę tej sumy. Pieniędzy nie przyjęliśmy. Była godzina 10.00.

O godzinie 12.00 na skutek interwencji PZPR (dzięki której nie mogłem się dalej uczyć) wypłacono tyle ile stanowiły nasze wyliczenia. Sam przewodniczący miejskiej rady narodowej przyjechał na rozmowy i twierdził, że on zarabia tylko 650 zł miesięcznie. Dowiedział się, że może zarobić tyle co my. Tylko piórko na biurko i do roboty. Potem zajściu przysłano faceta, który dokładnie liczył wywiezione kubiki. Otóż wypłacić musieli ponad 1300 zł. To był naprawdę bardzo dobry zarobek. Już można było kupić coś do odzienia, Bardzo starałem się o stałą pracę, ale nie było tak łatwo. Zimą 1954 / 55 grzebałem w krawiectwie. Wiosną zaś powiatowy zarząd dróg zatrudnił mnie jako ramarza (jest to pracownik, który ubija ułożone kamienie ramą ważącą 35 kg). Najpierw 3 cm ramszlak, a potem 2 cm ramszlak. Od tego pukania aż mi w głowie stąpało. Miałem pracę na miejscu. Przekładano cały bruk w Słupi. Od końca wioski aż do szosy. Praca nie lżejsza niż na boisku. Zarobek około 1030 zł. Brukarzy było troje. Robota często na kolanach. Drugi ramarz to Jurasik Jan z Donaborowa. Pięknie śpiewał. Ożenił się w Słupi na gospodarstwo u pana Władysława Woźniaka, obecnie Białek Konrad. Po rodzinnej zamianie wylądował na gospodarstwie Czesława Urbańskiego. Dziś gospodarzy jego syn – Piotr.

Żona będąc w ciąży czekała na rozwiązanie pod koniec kwietnia. Siostra Adamska pracująca poprzednio przez 20 lat w szpitalach prowadziła w Słupi przedszkole na organistówce. Poszliśmy oboje do niej, zajrzała żonie w oczy i rzekła: „Tęczówki oka mają podwójne kółka. Niech się pani cieszy. Poczęło się nowe życie – gratuluję. Dam czerwone suszone kwiatki, od kwiatu Piwoni. Należy parzyć i pic dwa razy dziennie przez 10 dni dla wzmocnienia pasów macicznych”. Samopoczucie żony było wyśmienite. Niestraszna jej była żadna praca. W tym okresie były podawane sobie wiadomości między kobietami o treści „Ty wiesz co ta kobieta X lub Y choruje, a przy okazanym zdziwieniu dodawały… ale na młode kości – tzn była w ciąży.

29 września 1955 przed kolacją żona taka trochę niespokojna mówi, że ta nasza dziecinka coś tam za mocno wierzga – bryka, aż się fartuch za mocno podnosi. Może ma zamiar zobaczyć co my tu robimy, po prostu żartowała. W środku kolacji rzekła głośno „Mama woda ze mnie leci”. Na to rzekła matka „Janek dzwoń po pogotowie, to już poród się rozpoczął”. Za parę minut pogotowie było na miejscu, a szofer pogotowia Leon Żurecki z Olszowej woła „Cześć Jadzinka – kto by to pomyślał za okupacji, że ja Cię będę transportował do szpitala”. Jednak ze względu na rozebrany bruk trzeba było ciężarną przenieść około 50 metrów. „Tej Leon, nieść to Ty sobie możesz ale swoje nosze. Ja idę na nogach.” Nie mogłem jej też trzymać za rękę tylko z iść z boku. Przyszły tata był tak wystraszony i blady, że Leon proponował mi krople walerianowe. Ja się jednak bałem o Jadzię. Bez niej świat dla mnie nie istniał. Było jednak coś na rzeczy z tym moim bladym wyglądem bo mama żony odważnie rzekła „Janek nie bój się! Ja urodziłam osiem dzieci, w tym jeden raz bliźniaki, wszystko będzie dobrze”. Ale ze spania w nocy były nici. Przed godziną 8.00 już stałem w Kępnie pod drzwiami porodówki. Wychodziła akurat nocna zmiana. Na moją prośbę najstarsza z nich odpowiedziała: Informacji udziela tylko lekarz. Powiem jednak panu, że o godzinie 0.30 dnia 29.04.1955 roku urodziła ładnego dzidziusia z czarnymi włosami, przy tym ani razu nie pisnęła. Ma pan bardzo dzielną żonę. Rzadko się takie coś spotyka, zwłaszcza przy pierwszym porodzie. Moje słowa podzięki leciały jak z katarynki. Wiedząc już wszystko napisałem na kartce jaką relację otrzymałem od położnej. Bardzo żonie dziękowałem, przesyłałem całusy i uściski. W drodze powrotnej odwiedziłem szwagra Hieronima w Baranowie w piekarni. Był już po pracy więc postawiłem ćwiartkę wódki, ażeby oblać tego nowicjusza. On postawił drugą ćwiartkę i przez Albertów wróciliśmy do domu. Oczki mi się świeciły. Mama Jadzi rzekła: Widzę, że już noworodek zakropiony – oblany. Powtórzyłem jej wypowiedź położnej. „Janek ciesz się, masz twardą kobietę” – powiedziała. Mój już z uzgodnionym imieniem Piotra i Pawła synek ze względu na podwyższoną żółtaczkę nie mógł wrócić do domu. Siostra Adamska podała ziele bylicy i sposób sporządzenia lekkiej herbatki. Ciepłą herbatkę po kryjomu podano na porodówkę. Ginekolog pan Pałka – to był taki prawdziwy położnik. Za dwa dni żółtaczka się cofnęła, ale lekarz polecił zrobić powtórne badanie bo powrót do normy był zbyt szybki – wynik nie uległ jednak zmianie. Wtedy pan Pałka rzekł „Młoda mama, zabieraj tego Piotrusia i marsz do domu”. Cały czas obracał się wokół niego. On był cały naj naj, tylko nie najpilniejszy w ssaniu piersi. Dopóki pokarm leciał sam wszystko było w porządku, a jak przestał to trzepał rękami i płakał jakby go ze skóry odzierano. Nastąpiło zapalenie piersi i cała gehenna z tym związana. Piotruś – leser, przeszedł na żywienie kleikiem, gotowanym co 4 godziny, dzień i noc. Lodówek nie było. Całe te chowanie było sterowane przez nieocenioną matkę mojej żony. Czasami zezwalała Piotrusiowi na wycie, aż się zmęczył i zasnął, a babcia mówiła „Nic mu nie będzie, nie może nami rządzić”. Załapał także panującą wśród małych dzieci bąmblicę. Źle leczona doprowadzała do zgonu noworodka. Siostra Adamska załatwiła tą chorobę bardzo szybko.
W połowie września jeździliśmy do brukowania na Łękę Opatowską. Najpierw w pobliżu dworca PKP. Zanim brukarze ułożyli około 3 metrów nowego bruku to ramarze urządzali śpiew piosenek na dwa głosy. Około godziny 9.00 przychodził do nas taki starszy kawaler, który jeździł pociągiem do pracy w Kluczborku. Miał czysty, piękny głos. Potrafił „wskoczyć” w każdą tonację. Ludzie stojący na peronie bili brawa. Jednak nowy drogomistrz pan Woźniak z Opatowa zakazał śpiewu w trakcie pracy. Ludzie przychodzący do pracy na szarwark wyzywali drogomistrza, ale pan Woźniak był nieubłagany. Podjętą pracę każdy sobie szanował.

Co dopiero zakończyły się perypetię z piersiami aż tu nagle 40 stopni gorączki u mojej żony. Przywołana siostra Adamska przejechała paznokciem od szyi przez cały rdzeń pacierzowy i rzekła: „Pozostała biała linia zdecydowanie świadczy o szkarlatynie. Wróciła się po zastrzyk podając go stwierdziła „Teraz dwie godziny będą decydujące”. Po tym czasie ciało żony zrobiło się całe czerwone. Na to dająca zastrzyk rzekła „Już jest po chorobie”. Należy tylko twardo przestrzegać zasad higieny. Jak mi zarazicie tego dzidziusia to się nie pokazujcie. Wyznaczony termin izolacji zbliżał się do końca. Skóra z dłoni schodziła płatami. Babcia poszła do sklepu po zakupy – Piotruś się obudził i włączył swoje silne organy. Mama nie wytrzymała i dla utulenia wzięła go na ręce. Upłynęło 2 tygodnie od tego czasu, dziecko dostało wysoką gorączkę. Przyjechała karetka z felczerem, który wziął go na rękę, obświecił latarką elektryczną i zapytał: „Czy ktoś tu chorował na szkarlatynę? Odpowiedziałem przecząco. Obejrzał jeszcze raz i powiedział że to jest szkarlatyna. Zabieramy dziecko do szpitala. Moją odmowę musiałem podpisać na oświadczeniu. Felczera znałem z kępińskiego gimnazjum. Jego ojciec był przed wojną powiatowym weterynarzem w Kępnie i dlatego jego synek nie mógł ukończyć studiów lekarskich. Przypadek tej choroby został zgłoszony do sanepidu. Za dwa dni dezynfekcja. Płot i dom okartkowane – choroba zakaźna. Dezynfekcja mieszkania przeprowadzona była bardzo delikatnie. Za to dom na zewnątrz pachniał strasznie. Nazajutrz siostra Adamska wróciła z rekolekcji. Strach było iść do niej. Na prośbę żony z duszą na ramieniu poszedłem do niej. Przyszła bardzo szybko, powtórzyła to samo jak u żony i żadne następstwa po tej chorobie się nie przyczepiły. Nie było także żadnej reprymendy z jej strony. Pracę w Łęce Opatowskiej ukończyliśmy 31 grudnia 1955 roku. Znów wróciłem na dwa miesiące do mojego krawcowania.

Updated: 19 maja 2015 — 20:35
Reklama:

Nasza prasa obejmuje swym zasięgiem cały powiat kępiński (gminy: Baranów, Bralin, Kępno, Łęka Opatowska, Perzów, Rychtal i Trzcinica). W skład tej grupy mediów wchodzi dziennik - portal ziemiakepinska.pl i gazeta drukowana - czasopismo "Ziemia Kępińska".
Na terenie powiatu działają jeszcze inne lokalne media (innych wydawców): Kepnianie.pl, Twój Puls Tygodnia, Tygodnik Powiatowy, Radio Sud, Gazeta Bezpłatna Kurier Lokalny Powiatu Kępińskiego, Tygodnik Kępiński. Polecamy również zaprzyjaźnione forum Kympno.pl
Ziemia Kępińska © 2014
Frontier Theme
Przeczytaj poprzedni wpis:
biblioteka-plakat
Noc Bibliotek w Kępnie

W sobotę 30 maja 2015 r. Samorządowa Biblioteka Publiczna w Kępnie zaprasza na ogólnopolską Noc Bibliotek . Pełną atrakcji wieczorną imprezę...

Zamknij