Ziemia Kępińska

Prasa lokalna - Kępno i okolice

Reklama:

„WSPOMNIENIA” Jana Lorenca

Gdy ukończyłem 19 lat za zgodą mojego słońca mogłem ją odprowadzić, ale tylko do granicy posesji. Z czasem do ławeczki obok studni. Pewnego razu otrzymałem pytanie „Janek czy Ty chcesz iść za księdza???” – taką rolę grałem w wystawionym przedstawieniu przez Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej. Odpowiedziałem jej: Nigdy!!! Ująłem jej dłoń i pocałowałem. Z wyszarpniętej ręki pocałunku jednak już nikt nie zmył. Dla złagodzenia mojego nieostrożnego odruchu rzekłem z uśmiechem: Nie pójdę za księdza, ale za zakonnika gdzie dwie pary laćków stoją pod jednym łóżkiem. To był taki moment przełomowy w naszej znajomości. Jeżeli odprowadzałem Jadzinkę ze zbiórki KSMŻ zawsze musiało to być za jej zgodą – to od zakrętu mogłem ją chwycić pod rękę. Jeśli ktoś szedł z naprzeciwko albo obserwował to ręce przy sobie. Jeżeli się ciemniało to mama prosiła: Jadzia, Janek chodźcie do kuchni bo się robi chłodno. Chciałem jednak oficjalnie zapytać się mamy czy mogę chodzić do Jadzi – od której już zgodę miałem zaklepaną. Mój ideał wskazał datę kiedy mogę się zapytać bo ona wtedy będzie w Golęczewie z za Poznaniem u swojej siostry Anieli, a to wszystko żeby się nie rumienić. Wracając z pracy, nauki zawodu powiedziałem do kolegów: Ja tu muszę na chwilę wstąpić. Wszedłem do kuchni – niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Ja, ja – stękałem, przyszedłem się zapytać o zgodę czy mogę chodzić do Waszej Jadzi. Ja sobie sprawę traktuję poważnie. Jeśli się nie zgodzicie to nie wiem co ja pocznę. Padło pytanie: Ile masz lat? – zgodnie z prawdą dwadzieścia. Uczę się za krawca i wojsko przede mną. Ja wyrażam zgodę, ale Ty się musisz spytać Jadzi, ale dzisiaj jej nie ma w domu. To już mam z nią załatwione. A to dopiero Koza, uciekła do Anieli żeby nie być przy Twoim pytaniu. Zostańcie z Bogiem –cmok w rękę i na skrzydłach wyjechałem ze szczęścia jakie mnie spotkało.

Na poborze do wojska dostałem pierwszą kategorie zdrowia, a 1 czerwca 1951 roku wezwanie do RKU na dzień 19.06.1951r, godzinę 8.00. W dniu 10.06.1951 roku zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie w Kępnie które mocno powiększone i oprawione w dużą ramkę otrzymaliśmy od siostry moje żony Stanisławy i jej męża Hieronima dnia 25.04.2004 r. na jubileusz 50-lecia naszego pożycia małżeńskiego. To zdjęcie – ta pamiątka to pomnik dotrzymania wierności jaką złożyliśmy sobie krocząc pieszo z Kępna do Słupi drogą przez Albertów. Ostatni wieczór przed odjazdem do wojska był wieczorem czarnej rozpaczy. Żegnając się z Jadzinką płakałem jak bóbr. Ona szlochając mówiła: Janek nie płacz, ja naprawdę będę na Ciebie czekała. Całości obrazu dopełniła jej mama, która klęcząc przed obrazem Świętej Rodziny płakała głośno, a żegnając się w mocnym uścisku rzekła: Janek kocham Cię jak własnego syna. Nie zawiedź nas i swojego ojca, który zgodził się uprawiać nasze 2,5 h ziemi. Spieszę poinformować, że nie zawiedliśmy siebie nawzajem. Po załatwieniu formalności w RKU ustawieni w dwójki i pod eskortą oficera z zielonym otokiem 24 rekrutów maszerowało do pociągu. Jedziemy do Szczecina do jednostki Wojsk Ochrony Pogranicza skonstatował obywatel porucznik. Ze stacji do jednostki na ulicę Mickiewicza podwieziono nas samochodem. Sprawdzono personalia, wydano formularze, a w nich 22 pytania do wypełnienia. Pytanie pierwsze: Czy masz kogoś za granicą. Miałem, ale nie podałem. Takich kierowano do kopalni węgla. Potem strzyżenie na pałę i przydział do kompani siódmej. Zajmowała ona garaże po niemieckich czołgach. To był dodatkowy werbunek. Siennik w rękę i 20 minut na wypchanie go słomą. Ryk kaprali unosił się nad nami. W wojsku chodzi się tylko biegiem. Ta potężna presja psychiczna łamała wszelkie zasady człowieczeństwa. Dowódcy plutonu to starzy żołnierze frontowi, których dewiza brzmiała „Więcej potu na ćwiczeniach, mniej krwi w boju”. Pisanie listu do mojej tęsknoty odbywało się tylko podczas nauki własnej. Listy, to zapisane arkusze A4 linijka pod linijką. Jeden do dwóch listów tygodniowo. Po dwóch miesiącach szkolenia ważyłem 61 kg, a wzrost 178 cm. Brat Stanisław jak przyjechał mnie odwiedzić przed przysięgą to mnie po prostu nie poznał.

Za rekruta w wolnym czasie uszyłem dowódcy kompani bryczesy oficerskie – taki wzór przedwojenny, a nie takie bryczesy gacie jakie nosili oficerowie rosyjscy, których jednostka NKWD znajdowała się po drugiej stronie naszej ulicy. Spotkaniu marszowym na i z poligonu było wzajemne oddawanie honorów. U nas na rękę broń na prawo patrz, a u nich smirno z lewa na prawo huh. Dowódca naszego plutonu pan Majdak opowiadał jak w 1948 roku w Szczecinie na mieście oficer NKWD zastrzelił oficera polskiego prosto na ulicy. Następnie wsiadł do tramwaju i odjechał. Jednak w pewnej odległości za tramwajem na motorze podążał cywil. Z przystanku tramwajowego do NKWD było około 100 metrów. Cywil wyrównał rachunki. Pięć śmiertelnych kul dopadło zabójcę. Wówczas jednostka WOPu miała jechać uspokoić miasto. Dojechali na wysokość stacji kolejowej Pogodno. On z ręcznym karabinem maszynowym na szoferce został oblany z wysokiego piętra gotującą wodą, a rzucane cegły i różne inne przedmioty, także gwizd przelatujących kul, zmusiły ich do ucieczki na teren koszar. Zaś skóra na plecach sierżanta była bardzo daleka od normalnej. Zamieszki na mieście trwały ponad dwa tygodnie. Dowódca ośrodka wyszkolenia poborowych major Adamowicz był wymarzonym wzorem prawdziwego Polaka. To był urodzony żołnierz. Podobny do mojego wujka, który zginął w Katyniu. Wyuczony zawód umożliwił mi szycie ubioru dla jego dzieci. Oniemiałem z wrażenia gdy żona wpuszczając mnie do środka poszła do pokoju i na klęczkach z dziećmi głośno dokończyła poranny pacierz. A to co zobaczyłem, przed jakim pięknym modlą się obrazem – tego nie da się opowiedzieć. Zrobiło się mi miękko i rzekłem: Tu tak samo jak było w moim rodzinnym domu i na wygnaniu. Pani domu pospieszyła wyjaśnić – ten piękny obraz to Matka Boska Ostrobramska – to cudowny obraz. Przywędrował z nami z polskich kresów wschodnich.

O szczęśliwych przeżyciach dzięki temu obrazowi byłoby wiele mówić, ale nie w tej chwili. Wycieranie chusteczką spływających po policzkach łez stanowiło dowód głębi wiary w Boga i tego obrazu – to coś budującego. Musiałem jej też opowiedzieć życiorys całej naszej rodziny. Stwierdziła tylko: Wyście wrócili do swojego domu, a my do naszego – do Wilna już nigdy powrócić nie możemy. Życzyła mi szczęśliwego powrotu do domu z wojska i szczęścia w życiu. Prosiła również abym nie roznosił wśród kolegów tego co tu widziałemi słyszałem. Prośbę tej wspaniałej kobiety spełniłem.

Egzamin czeladniczy izba rzemieślnicza w Poznaniu wyznaczyła na 12 grudnia 1951 roku. Dzięki bardzo dobrej opinii dostałem dziesięć dni urlopu. Egzamin zdałem w Ostrowie Wielkopolskim bez kłopotu. W tym czasie moja Jadzia pomagała przy bliźniakach w Drezdenku u wujka Stanisława, który był dyrektorem tamtejszej rzeźni. Miała raj na ziemi w stosunku do bytowania w rodzinnym domu. Rodzice jednak nie proponowali mi wyjazdu do Drezdenka. Obawiali się (tak myślę dzisiaj) krótkiego spięcia, a dziecko przed ślubem to hańba dla całej rodziny. Wujostwu Jadzi moja decyzja się nie spodobała i zapowiedziane odwiedziny u Janka w wojsku wycofali. W listach wszystko było opisane, ale żal po moje głupocie pozostał do dzisiaj.

Na strażnicę Dobra Szczecińska trafiłem 15 października 1951 roku. Była tam kolejowa stacja końcowa, parę domków i PGR. Przez dwa miesiące żadna nocka nie była w całości przespana. Pełnienie służby trwało normalnie osiem godzin, jeśli było wzmocnienie to:
1 wariant – 12 godzin
2 wariant – 18 godzin
3 wariant – 24 godziny lub dłużej – do nadejścia zmiany.

Pożywienie zrzucano nogą ze stopni gazika. Leżenie na ziemi amortyzowały od zimna gazety Trybuna Ludu lub Wola Ludu. Z rocznika 1928 do cywila poszło 80 % ludzi niezdolnych do pracy. Wszelkie zwerbowane siano, chrust, gałęzie czy deski były palone przez dowódcę strażnicy. Za poradą brata zgłosiłem się na szkołę podoficerską. Dowódca – strażnicy Skutnik nie chciał mnie puścić. Pomogło dopiero moje zażalenie do dowódcy batalionu. Gonitwa na tej szkole była rajem w porównaniu do strażnicy. Jedzenie bardzo dobre, takiego odżywiania w domu nie miałem. Dużo nauki politycznej, szczególnie i znów ten paskudny werbunek PZPR lub ZMP. Zostałem przy swoim, ale do prowadzenia prasówki i tak mnie wybrano. Główny politruk 12 brygady WOP proponował mi żebym poszedł na szkołę polityczno – wychowawczą. Jadzia czekała. To nie wchodziło w rachubę w ogóle. W połowie szkoły podoficerskiej dziesięciu elewów awansowano do stopnia starszego szeregowego i przydzielono ich do szkolenia rekrutów. Cała drużyna żyła u mnie na luzie – cieszyli się, ale przedwcześnie. Rozmowy dotyczyły życia w cywilu i znalazł się taki, który stwierdził, że uciekł dawno z domu i ma rodziców gdzieś. Wszystkie polecenia dokładnie sprawdzałem, każde niewykonanie lub wykonane źle rejestrowałem w notesie. Po dwóch tygodniach stwierdziłem, że koleżeńskie traktowanie dobiega końca. Wszystkie grzeszki na stół. Odpowiednia gadka i dwa razy tor przeszkód. Nie bardzo chętnie wykonywał moje polecenia ten co uciekł od rodziców. Powiedzenie nie umiecie nauczymy, nie chcecie zmusimy wprowadziłem w czyn. Oni też pokazali swoją inwencje. Zamietli sale, zanieczyszczenia owinęli ładnie w papierek i położyli obok mojego garnuszka od kawy, a mój papiórek z cukrem gwizdnęli. Każdy dowódca drużyny jadł i spał razem ze swoimi żołnierzami. Po nalaniu wysypałem te śmieci do kawy. To przeszło całe moje wyobrażenie o życiu. Słowem „popamiętacie” zakończyłem śniadanie. Nie było winnego. Przez dwa tygodnie ćwiczeń i domarszów mogli już iść na granicę. Znalazł się skarżypyta i podał mi nazwisko tego, który drużynowemu osłodził kawę produktem zastępczym. Kazałem mu przynieść małe szkiełko, którym musiał wyskrobać 1 x 1 metr powierzchni ściany zanieczyszczonej moczem. Po wykonaniu płakał i pytał dlaczego ja mu to zrobiłem. Donoszenie na kolegów to jest zdrada, a od zdrady kolegów do zdrady ojczyzny to już tylko krok. Załatwiłem mu później wyjazd do domu po akordeon. Grał pięknie, a ja słuchałem. To czyszczenie ubikacji pomogło mi dopiąć swojego. Powiedziałem oficjalnie, że jeśli chcecie to wracamy do pierwszych dwóch tygodni, ale z dokładnym wykonywaniem swoich obowiązków. Każdemu skreśliłem czarne zapiski. Nawet ten co uciekł od rodziców stwierdził, że będzie pierwszym w drużynie i dodał: „Z rodzicami już sprawę załatwiłem. Te dwa tygodnie mi pomogły – dziękuje.” Egzaminy końcowe moja drużyna zdała najlepiej. Awansowałem do stopnia kaprala. Słuchy dochodziły, że siedmiu kaprali z czynnej służby awansują do stopnia plutonowych i będą szefami kompań. Awans dla mnie odpada bo zamiast do cywila pozostanie awans na sierżanta i przymusowe pozostanie w wojsku. Brat przysłał list na moją prośbę informując, że wuja Antek odezwał się ze Szwecji dokąd Amerykanie wysłali go na leczenie. Wiadomość dotarła do informacji i po awansie. Wiedział o tej zagrywce tylko mój dowódca kompani- frontowiec. Mój awans cofnięto i tak skierowano mnie na szefa kompani pierwszej. Dowódcą kompani był por. Adamczak z Poznania. Przyjmowanie rekrutów odbywało się tradycyjnie, po chamsku. Kompania liczyła około 120 żołnierzy, plus 20 podoficerów, którzy trzymali krótko. Dbali o porządek, dyscyplinę i szkolenie. Przestrzeganie regulaminu i porządku dnia egzekwowałem do bólu. Jeśli podoficer pogonił żołnierza po 22.00 lub przed 6.00 to dodatkową służbę miał pewną jak w banku. Kompania pierwsza, druga i trzecia chodziła w pierwszej turze na stołówkę. Po powrocie z kolacji moje wojsko szło spać o godzinie 21.30, a o 21.40 alarm w pełnym rynsztunku przed blokiem. Uzasadnienie: Chłopaki musimy być pierwszymi bo jesteśmy pierwszą kompanią. Po ogłoszeniu alarmu brygady w ciągu niecałych trzech minut kompania stała w pełnym składzie, a pozostałym nie starczyło nawet 5 minut. Pochwała dowódcy brygady stała się faktem, scementowało to całą kompanie. Wymyślono jednak, że kompania jednak musiała wiedzieć o wyznaczonym alarmie i dlatego będzie powtórka dla kompani pierwszej. Politruk mi potwierdził tą informację. Kaprale przekazali drużyną co ich czeka. Pełna mobilizacja,
a alarm zrobiono o godzinie 2.30 przy udziale oficerów wszystkich kompań. Tym razem wystarczyły tylko 2,5 minuty. Radość wielka. W konkursie porządku i czystości pierwsze miejsce było także nasze, a sześć pozostałych kompań zwiedzało pierwszą jak ma wyglądać porządek. Tak już pozostało do końca ośrodka. Ja, jako szef bezpartyjny chodziłem na posiłki i jadłem razem z żołnierzami. Pozostali chodzili na obiad na długo przed wojskiem. Bardzo często z buteleczką wina, a śniadanie i kolacje żołnierzyki musieli donosić swoim szefom do ich pokoju. Kiedyś zaprowadziłem wojsko na obiad późno, bo było na strzelnicy. Na dwudziestu żołnierzy szef kuchni wydal mi dno wiaderka przykryte ziemniakami. Zwróciłem uwagę, że to dawka maksymalnie na czterech żołnierzy. Sierżant wyzwał mnie od rekinów itp. Wyprowadziłem całą kompanie ze stołówki, a zajście zgłosiłem do majora, głównego szefa informacji. Postawił na nogi całe dowództwo 12 brygady WOP. Dwa plutony obierały ziemniaki, wszystkiego było pod dostatkiem, a szefa kuchni przystrzyżono na jeżyka i przeniesiono na strażnicę. W jakiś czas potem jego następca wydał mi mięso które śmierdziało. Zastawiał się, że lekarz dopuścił do konsumpcji. Ten sam major w ciągu pół godziny spowodował wydanie 25 dkg kiełbasy dla każdego żołnierza.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Przepustki na miasto wstrzymane. Cała moja podoficerka rozplotła druciane ogrodzenie jednostki koło chlewni i poszła na pasterkę do kościoła na Krzekowie. Na ukos odległość wynosiła około 100 metrów. Oficer operacyjny zauważył rozplątany płot i z dodatkowym wartownikiem przyłapał wszystkich szesnastu. Rano, po pobudce organizator marszu zgłosił mi o zajściu. Na moje słowa Stefek będą kłopoty, on na to: Konstytucja gwarantuje wolność wyznania. O godzinie 8.00 już meldowałem się u dowódcy jednostki. Na postawione mi pytanie odpowiedziałem – nic o tej wyprawie nie wiedziałem. Do dzisiaj trapi mnie pytanie dlaczego oprócz rozmowy nie spotkały ich żadne konsekwencje. Całej sprawie łeb ukręcili. Ale już do spowiedzi wielkanocnej przepustki się znalazły. Ten organizator to Kielczanin. Rozumieliśmy się w pół słowa. Od niego też usłyszałem prawdę o Katyniu. Jeszcze dziś chylę przed nim czoło. Ja ze strachu bym tego nie zrobił. Miałem w kompani żołnierza, który w cywilu spadł ze śnieżki. Po każdym powrocie z poligonu miał bardzo spuchniętą nogę. Chłopak płakał i na obiad nie chodził. Lekarz zawsze mu pisał: „Symulant na zajęcia” – tak przez dwa tygodnie. Zgłosiłem się do w/w majora i wtedy trafił na izbę chorych, a po miesiącu do cywila. Po rozwiązaniu kompani trafiłem na 10 dni urlopu. Tylko 45 minut maszerowałem do Słupi – do Jadzi. Była noc, puk puk w okienko i mocno ściskając przesiedziałem u niej do rana. Dojście do rodziców dopasowałem do pociągu o godzinie 7.00. Dalsze dni urlopu spędzałem przeważnie u Jadzinki. Wieczorny powrót o godzinie 22 był przestrzegany. Dyscyplina obowiązywała. To były piękne chwile. Już wtedy jak Jadzia myła podłogę to ja ścierkę płukałem i wykręcałem. Parę minut i podłogi były pomyte Mimo takiego zbliżenia pocałunki były tylko bratnio-siostrzane. Twardo egzekwowane przez moją ulubioną. Dla wyjaśnienia dodam, ze pierwszy pocałunek między nami zaistniał po 10 miesiącach chodzenia razem – to jest od zgody jej matki na wspólne chodzenie. One to też wmawiały swoim pociechą, swoim dorastającym córką „Nie daj się całować bo Ci dziecko zrobi”. Ja uznaję to stwierdzenie jako proste, zwykłe, ludzkie i ponadczasowe. Złożone przez nas przyrzeczenie czystości zostało dotrzymane. Nie było to łatwe, ale bardzo, bardzo trudne – jednak możliwe. Istniało takie powiedzenie „Albo jestem jeźdźcem albo ujeżdżonym”. Szacunek dla Jadzinki, którą kochałem miłością platoniczną zobowiązywał. Dziś nie do uwierzenia, że każde Jadzi życzenie było przeze mnie spełnione i to z radością.

Miałem w wojsku takiego kolegę, który po powrocie z chrzcin własnego synka przywiózł sweter od zapoznanej w pociągu dziewczyny. Umówili się na spotkanie przed bramą koszar. Adres do jego żony uzyskałem podstępem i zaproponowałem mu ku jego wielkiemu zdumieniu, że ja te zawiniątko odniosę. Przy tym pokazałem mu fikcyjny list wraz z prawidłowym adresem jego żony. A także słowami: Ty idź za bramę, a ja na pocztę.

Z ogromnym lękiem w oczach wołał zamieńmy się! Ty idź za bramę, a mnie oddaj list! Dodatkowo przyrzekł, że już nigdy nie pójdzie na miasto. Wyniosłem za bramę ten sweter mówiąc do tej dziewczyny: Ten zapoznany żołnierz to taki tata-kawaler, który wracał z chrzcin własnego syna. Proszę niech pani wraca do domu i nie nawiązuje z wojskiem znajomości. Podziękowała i poszła. Byliśmy nadal z Wackiem dobrymi kolegami. Przed świętami Wielkanocnymi musiałem z urlopu wracać do jednostki. Matka moja dała trzydzieści jajek, a Jadzinka pięknie wypieczoną babkę. W jednostce ugotowałem dziesięć jajek w koszulkach od cebuli – były ładne brązowe. Babkę wraz z jajkami zapakowałem w mały kartonik i jadąc urzędowo odwiedzić chorych żołnierzy w Wojewódzkim Szpitalu Urzędu Bezpieczeństwa wstąpiłem do kościoła żeby tą moją paczkę poświęcić. Wewnątrz dzwonnicy w kiosku sprzedawczynią była kobieta. Poprosiłem o chorągiewkę z białą owieczką i włożenie jej do mojej paczuszki i żeby dała ją poświęcić. Zaznaczyłem, że mam zielony otok na czapce, a to znaczyło u mieszkańców Szczecina „zielone gestapo” i dlatego nie mogę ludziom zakłócać spokoju. Usłyszałem: Przepraszam już niosę, a chorągiewkę masz za darmo. Wyciągniętą na podziękowanie rękę uścisnęła mocno życząc mi szczęśliwego powrotu do domu. To był Wielki Piątek 1953 roku. W Wielką Sobotę wyjazd na granicę z naszymi elewami szkoły podoficerskiej. Na stół nakryty białym prześcieradłem powędrowały święcone jajka i święcona babka. Najważniejsze, że była ona od Jadzi, plus reszta jajek które przywiozłem z domu, a także różne wypieki od kolegów. Postawiona połówka wódki na stole moją ręką znalazła się przy nodze od stołu. Zmówiliśmy pacierz i zaczynamy od rzeczy poświęconych. Od razu ktoś puka do zamkniętych drzwi naszej sali podoficerskiej. Otwieram, a tu politruk z naszej kompani. Teraz to dopiero będzie, a on rzekł „Spokojnie chłopaki, za dwie godziny wyjeżdżamy na 123 batalion – na wzmocnienie granicy. Uprzedziłem porucznika, że babka od mojej dziewczyny i brązowe jajka od mojej mamy są święcone. Mnie to nie przeszkadza, rzekł nasz gość i rozpoczął od święconych potraw. Rodziny przejechały setki kilometrów żeby się spotkać ze swoimi żołnierzami i to po darmo. Wyjazd był nieodwołalny. Trafiłem z 15 żołnierzami na strażnicę której dowódcą był porucznik Lorenz. Takie samo nazwisko i tak samo pisane jak moje, ale on pochodził z kresów wschodnich. To jednak już coś znaczyło. Zapoznałem moich żołnierzy ze stołem plastycznym. Odzwierciedlał on dokładnie cały odcinek granicy pilnowany przez tą strażnicę. Moi żołnierze w nocy pilnowali na całym odcinku i to w takich elementach jak: podsłuch – leżenie na ziemi, stały punkt obserwacyjny- z ukrycia lub patrol wahadłowy – skakanie od drzewa do drzewa. Naprzeciw strażnicy stał mały kościółek. Zobaczyłem na ogłoszeniu, uroczysta msza o godzinie 12.00. Cała moja ekipa chciała iść do kościoła. Wchodzę do dowódcy strażnicy z prośba o możliwość pójścia na drugą stronę ulicy. Czy tyś na głowę upadł??? O co Ty prosisz?! Wyjdź, ja nie chce nic o tym wiedzieć. Rozpuściłem wojsko i poszedłem za nimi. Zdziwienie w kościele było wielkie. Ksiądz starszy wiekiem takie wygłosił kazanie, że te moje harcerzyki obcierały łezki w oku. Nikt w brygadzie się o tym nie dowiedział, a ja w części dorównałem temu który zaprowadził swoich żołnierzy na pasterkę. Do dziś pamiętam jak wszyscy uklękli na dwa kolana przed udzieleniem błogosławieństwa najświętszym sakramentem. To staje przed oczami kiedy się wspomina wojskowe przeżycia. Przed odjazdem pada komenda baczność, na prawo patrz!!! Obywatelu poruczniku kapral Lorenz melduje elewów gotowych do odjazdu – to mu się bardzo podobało. Pożegnał się z każdym żołnierzem oddzielnie, a mnie powiedział: Jesteś wart mojego nazwiska. Trzeba też wiedzieć jak wyglądało techniczne zabezpieczenie granicy. Jeśli ukształtowanie terenu pozwalało orano pas ziemi o szerokości do 5 metrów i w nocy był kontrolowany przez przewodnika z psem i to kilkakrotnie. Zakładano linię elektryczną z żarówkami 500 W. Włącznikiem żarówek był drut na wysokości 1 metra. Oświetlenie żarówek wywoływało alarm na strażnicy. W terenie leśnym zakładano sygnały akustyczne lub po wycięciu drzew zasieki w kształcie litery T – bardzo trudne do pokonania. Poza tym mogły one być włączone do prądu.

Updated: 19 maja 2015 — 20:35
Nasza prasa obejmuje swym zasięgiem cały powiat kępiński (gminy: Baranów, Bralin, Kępno, Łęka Opatowska, Perzów, Rychtal i Trzcinica). W skład tej grupy mediów wchodzi dziennik - portal ziemiakepinska.pl i gazeta drukowana - czasopismo "Ziemia Kępińska".
Na terenie powiatu działają jeszcze inne lokalne media (innych wydawców): Kepnianie.pl, Twój Puls Tygodnia, Tygodnik Powiatowy, Radio Sud, Gazeta Bezpłatna Kurier Lokalny Powiatu Kępińskiego, Tygodnik Kępiński. Polecamy również zaprzyjaźnione forum Kympno.pl
Ziemia Kępińska © 2014
Frontier Theme
Przeczytaj poprzedni wpis:
biblioteka-plakat
Noc Bibliotek w Kępnie

W sobotę 30 maja 2015 r. Samorządowa Biblioteka Publiczna w Kępnie zaprasza na ogólnopolską Noc Bibliotek . Pełną atrakcji wieczorną imprezę...

Zamknij