Ziemia Kępińska

Prasa lokalna - Kępno i okolice

Reklama:

„WSPOMNIENIA” Jana Lorenca

Klasę szóstą i siódma ukończyłem w Kępnie na oddziale dorosłych w ciągu jednego roku. Chodziliśmy przeważnie pieszo, czasem rowerem te siedem kilometrów i to: Lorenc Jan, Ostrowski Jan, Gruszka Leon. Języka polskiego uczył autentyczny profesor Uniwersytetu Lwowskiego pan Wojakowski, starszy wiekiem. Miał piękny, urokliwy głos. „Powrót taty” Mickiewicza kazał nauczyć się cały na pamięć w ciągu dwóch tygodni. Po trzech dniach koledzy donieśli, że już potrafię dużo zwrotek i siedząc w pierwszej ławce deklamowałem. Mimo pewnych potknięć dobrnąłem do końca, a pan profesor Wojakowski przytulił mnie mocno do siebie. W trakcie przerwy musiałem mu opowiedzieć swój życiorys. Po skończeniu odpowiedział „Ja swojego opowiedzieć nie mogę bo zamiast przyjść do was zamknięto by mnie po drugiej stronie ulicy” – tam była katownia powiatowego urzędy bezpieczeństwa, wiało grozą. Kiedyś krocząc do naszej trójki od strony cmentarza droga znaczona była śladami czystej krwi. Wywożono furmanką konną zastrzelonych patriotów Polskich, a krew przesiąkała przez deski wozu. Matematyk także z terenów zajętych przez armię czerwoną, który bardzo dobrze wykładał matematykę, musiał prowadzić z nami „prasówkę”. Wyjaśnił nam co to jest wolność słowa – można wszystko mówić, nie wierzycie? To idźcie na drugą stronę ulicy – do UB i powiedźcie żeby oni was pocałowali tam gdzie się skóra nie zrasta. Na to jeden ze starszych uczni rzeknął „Nie pójdziemy tam bo za blisko jest tam na cmentarz”. Tego rodzaju komentarze odbywały się tylko pod nieobecność uczni z czerwonymi krawatami. W naszej klasie było ich na szczęście tylko trzech. Bardzo dobre oceny na moim świadectwie pomogły mi dostać się na kurs nauczycielski. Nauka odbywała się w porze dziennej. Mała maturę ukończyłem w 1949 roku. Matematyczką była pani profesor Kubkowa. Wszystkie formułki matematyczne musiały być tak przyswajane, że w trakcie rozwiązywania zadań należało omawiać ustnie kolejność wykonywanych czynności, również z treścią zastosowanej formułki – wszak przyszły nauczyciel musiał to perfekcyjnie umieć ażeby dzieci zrozumiały. Tryb nauki był przyspieszony, dwie klasy w jednym roku. Pierwszy rok jeździłem pociągiem. Rano odjazd 6.10, przyjazd godzina 16.00. Od stacji Kępno do liceum było 3 km. Pokonywane przeze mnie także w soboty- pieszo.

W roku szkolnym 1948/49 nauka odbywała się w godzinach od 14.30 do 21.20. Żadnego środka lokomocji nie było, zwykłego roweru także. W powołanej klasie obowiązywał język francuski. W poprzedniej rosyjski. Miałem do nadrobienia cały rok. Profesor Graj po zapoznaniu się z przeżyciami okupacyjnymi rzekł „Nie będę tobie udzielał odpłatnych lekcji”, tylko powtarzał dokładnie materiał z ubiegłego roku. „Jeśli naprawdę chcesz zdobywać wiedzę – dasz radę”. Z takiego obrotu sprawy najbardziej cieszyli się moi rodzice. Płacić naprawdę nie mieli z czego. Uczyłem się solidnie słówek, 15 do 20 dziennie w trakcie tego siedmiokilometrowego spaceru. Zaopatrzony byłem w latarkę elektryczną dla oświetlenia przerabianych wyrazów przy nocnym powrocie oraz dużą laskę dla obrony przed wałęsającymi się psami.

W czerwcu 1949 roku małą maturę miałem w kieszeni. Droga do dwuletniego liceum stała otworem. Egzamin wstępny w Krotoszynie do Liceum Pedagogicznego cała dziesięcioosobowa grupa z Kępna zdała wyśmienicie. Wszystkich jednak czekała rozmowa z czerwono – krawatowcem i tu po odmowie przyjęcia deklaracji do czerwonej młodzieżówki zostałem przyjęty do liceum, ale nie do internatu. Zapłacić za stancję na mieście mógł tylko ktoś kto posiadał pieniądze, ale nie moja rodzina. Ojciec wiele razy powtarzał „Janek nie potrafimy tobie pomóc, nie stać nas na to”. Aż tu przez „kołchoźnik” – tak mówiono na zainstalowane prawie w każdym domu głośniki. Była to słynna megafonizacja wioski. Zasłyszana z tej tuby informacja brzmiała: Wieczorowe technikum budowlane, Wrocław, ulica Dawida 7 przyjmuje zapisy na rok szkolny 1949/50 po małej maturze lub trzyletniej szkole zawodowej. Nadzieja odżyła. Dnia następnego o godzinie 5.00 wyjechaliśmy pociągiem z Kępna wraz z kolegą starszym ode mnie – specjalistą od rozwiązywania zadań z matematyki i geometrii. Był to człowiek któremu dyrektor kępińskiego liceum, matematyk przynosił oddzielne zadania na klasówki i tak pracę oddawał pierwszy. Wysiedliśmy na dworcu głównym we Wrocławiu. Dzięki dobrym informatorom trafiliśmy na ulicę Dawida do wymarzonej szkoły. Byliśmy pierwszymi kandydatami. Dyrektor wręczył nam zadania matematyki, fizyki i chemii. W ciągu dwóch godzin wszystko było rozwiązane. Słowa dyrektora brzmiały „Cieszę się. Takich ludzi potrzebuję”, a za chwilę dorzucił pytanie „Do której organizacji młodzieżowej należycie?”. Na odpowiedź, że do żadnej wyjął deklaracje do podpisania. Nasza odpowiedź – żadnego podpisu, nie chcemy być przekreśleni przez naszych rodziców. Wtedy pan dyrektor zamknął drzwi na klucz i ze łzami w oczach i ze ściszonym głosem powiedział do nas „Jesteście prawdziwymi patriotami i Polakami. Ja też, ale kto jest wstanie wypędzić tych ruskich z Polski, tego nikt nie zrobi. Zachód nas sprzedał”. Nasza rezygnacja pozostała jednak w mocy. Przypomniały mi się słowa mojego taty „Polakiem się urodziłem i Polakiem umrę.” Tak wyglądało w praktyce hasło młodzież chłopów, robotników oraz z byłych majątków obszarniczych do szkół. W ustroju chłopów i robotników ziszczą się wasze marzenia.

Żeby nie marnować czasu zacząłem terminować w zawodzie krawieckim w Kępnie u pana Wróblewskiego i to w skróconym dwuletnim terminie. Mistrz Wróblewski swój zakład miał w Berlinie, ale po dojściu Hitlera do władzy, rok 1933, jako bojowy działacz Związku polaków w Niemczech, musiał opuścić III Rzeszę. Punktualność w zakładzie jak w szwajcarskim zegarku. Jako najmłodszy stażem musiałem wykonywać porządki w warsztacie i spełniać polecenia starszych stażem. Mimo, że jeden z nich był trzy lata młodszy ode mnie. Polecenia można było wydawać tylko półgłosem. Spoglądanie na dziewczynki przechodzące chodnikiem po drugiej stronie ulicy kończyło się stwierdzeniem „Nie sztuka pracować, ale sztuka myśleć o robocie”. Wyznaczone etapy czasowe w pracy: W ciągu ośmiu godzin uszyć spodnie i odprasować, pierwsza przymiarka marynarki – dwie godziny, druga przymiarka – osiem godzin. Jeżeli uczeń zmieścił się w tym czasie to dopiero miał otwartą drogę do dalszych tajników zdobywanego zawodu. Mistrz był tak dobrym człowiekiem, że wiosną 1951 roku urządził nam gratis kurs kroju, tzw. ułamkowy – był o wiele dokładniejszy od procentowego. Pan Wróblewski był także przewodniczącym krawieckiej komisji egzaminacyjne cechu w Kępnie. Groźnie wyglądał z postury, ale serce miał gołębie. Mówili: człowiek bez żółci. Terminowanie zakończyłem przed 19.06.1951 czyli pójściem do wojska. Pewnego razu egzamin praktyczny czeladniczy zdawał były żołnierz wermachtu z Bralina, który walczył po stronie niemieckiej w twierdzy Monte Casino. Skóra cierpła jak opowiadał. Ciężko rannych SSmani zabijali. Wreszcie trupów było tak dużo, że nie umożliwiało to poruszanie się po twierdzy. Najbardziej bali się polskiego natarcia. Zdający egzamin będąc w twierdzy miał niecałe 18 lat. Cały koszmar śni mu się wciąż po nocach. Tak to było – ojciec przerobiony na Niemca, a dorastający syn na front.

Życie naszej wioski jako całości oprócz indywidualnych problemów toczyło się normalnie. Starzy druhowie z katolickiego stowarzyszenia młodzieży męskiej zwołali zebranie organizacyjne i doprowadzili do powołania młodego zarządu. Prezesem został Rabiega Roch. Cała młodzież chodziła na zbiórki, było tego dwadzieścia czwórek. Marsze i patriotyczne pieśni odbywały się dwa razy w tygodniu. W parafii było także katolickie stowarzyszenie młodzieży żeńskiej. Skierowany do pomocy księdza Nowickiego ksiądz wikary Łakomy bardzo pomagał w rozwijaniu działalności. Po roku jednak skierowano go na parafię Czarny Las jako proboszcza. Zmarł w młodym wieku. Podczas kolędowania tam gdzie było biednie lub więcej dzieci ofiarowane mu pieniądze i to z nadwyżką ofiarujący znajdował pod kapą nakrywającą pierzyny. Bryczka, którą go odwożono na stację kolejową w Słupi była przepięknie udekorowana. Na końcu wioski żegnające go dziewczyny z dwóch stron pojazdu obsypały go kwiatami, a na samych dworcu dokończyły dzieła i kwiatami i gałązkami świerku. Kolejarze prowadzący pociąg oniemieli z wrażenie pytając: Co tu za król odjeżdża? Powyższe zdarzenia usłyszałem od biorącej w nim udział Zającówny Jadwigi – po siedmiu latach od tego momentu mojej żony. Ksiądz wikary Echaust jako następca był także bardzo mocno związany z druhami KSMM i druhnami KSMŻ. Jego przeżyte przykłady działalności Bożej w czasie okupacji niemieckiej słuchało się z otwartą gębą. Na gwiazdkę szykowano paczkę ale bez adresata. Pełniłem rolę gwiazdora. Paczkę podawano, ale najpierw było trzeba odpowiedzieć na zadane pytanie z katechizmu albo starego lub nowego testamentu. Gwiazdora tez pytanie nie ominęło i to nie łatwe, ale powoli wystękałem. Potem były śpiewy i tańce. Janko muzykant (gwiazdor) rzępolił na harmonijce zdobycznej, przywiezionej z Niemiec – aby tylko takt utrzymać. Rozbawieni nie zauważyli jak w tempie bardzo szybkim zagrałem „Wśród nocnej ciszy”. Nagle granie przerwałem mówiąc: Nie godzi się tańczyć w trakcie grania kolędy. Gwiazdor podpadł niemiłosiernie, a ksiądz Echaust powiedział, że to rewanż za zbyt trudne pytanie przy odbiorze paczki. Jednocześnie zaznaczył, że w życiu trzeba najpierw pomyśleć a później podjąć decyzję. Wielkim wydarzeniem było poświęcenie nowego sztandaru KSMM w Trzcinicy. Zlot młodzieży z całego dekanatu. Większa część ze Słupi pieszo dotarła do miejsca zlotu i nikt sobie jednak nie narzekał. Około 15 km w jedną stronę. Pomieszczenia na spotkania użyczył nam wspaniały człowiek pan Czesław Urbański obecnie mieszka w tym miejscu Jurasik Piotr. Warunkiem bezpłatnego użytkowania był porządek, cisza i spokój. Druhny KSMŻ były współużytkownikami. Tutaj też każdy na pamięć opowiadał swoją rolę jaką odgrywał w prezentowanym przez KSMM przedstawieniu. Krótko przed występem ćwiczenia odbywały się na sali u pana Józefa Woźniaka (dziś sklep pana Jana Woźniaka). Suflerem był pan Sztucki Symforian, a kierownikiem artystycznym nauczycielka pani Zając Stanisława – Jendro. Agitatorem organizacyjnym pan Skąpski Feliks – ten od redysek. Mieszkańcy chętnie uczestniczyli w zorganizowanych przez ich córki i synów przedstawieniach. Przyśpiewki na swojską nutę dopełniały całości. Zapłatą dla aktorów za zarwane długie wieczory, za ich ogromne poświęcenie były silne, szczere oklaski. Zaś bisowanie przyśpiewek było nagminne. Organizacje postępowe nie mogły tu znaleźć zakotwiczenia. Władza ludowa opracowała wytyczne według których wszystkie organizacje z urzędu miały wejść w skład Związku Młodzieży Polskiej. Ksiądz arcybiskup poznański Walenty Dymek przez rozwiązanie KSMM i KSMŻ uratował młodzież przed przemocą. Była to późna jesień 1949 roku. Nadal jednak nosiliśmy nasze znaczki KSMM w klapach marynarek. Zaś nasze serdeczne kontakty nigdy na dobre się nie porozrywały. Rozumieliśmy się bez słów. Małe sztuki przedstawienia grali uczniowie szkoły podstawowej ze Słupi. Pamiętam jak pani Buchtowa wyznaczyła mi w roli siostry koleżankę Anielę. Zrobiłem minę niezadowolonego głuptasa, a mój kolega siedzący obok rzeknął: Proszę pani on nie chce Anieli, on chce za siostrę Zającówne. To ta sama do której nie mogłem wysłać karty z Klüssendorfu. Po takim wygłupie kolegi czerwony burak był bardzo blady w stosunku do mojej twarzy. Jednak w głębi duszy bardzo tego pragnąłem. Bardzo przykładałem się do nauki. Chciałem się tej przyszłej siostrze przypodobać. Była ona taka szczupła, bardzo schludnie ubrana, buty czyste, ale przyszywane na nich łatka na łatkę wzbudzały litość, nie przelewało się w tej rodzinie. Ojciec bez pracy chory na raka, a nadto brat Antoni i siostra Helena zmarli na skutek przeżyć okupacyjnych.

W trzy lat później zmarł jej ojciec Marcjan. Matka Józefa otrzymała 60 zł kolejowej renty. Wyżycie z 2,5 ha lichej ziemi plus te 60 zł nie rozpieszczały matki i córki. Sprzątnięte zboże mama z córką piętnastoletnią młóciły na klepisku cepami. Zakończenie omłotów rysowano stolarskim ołówkiem na uliczce stodoły. Ostatni zapis 14.12.1949r. Jedna krowa – żywicielka stanowiła główny budżet. Także jedna koza się przydała. Bardzo wydatnie swojej matce pomagał syn z Ostrowa Wlkp – były oficer WP, w czasie okupacji więzień Radogoszczy. W czasie ewakuacji tego obozu wraz ze swoim kolegą uciekli pod przyciesią (gruba deska między filarami stodoły). Stodołę oblano benzyną i spalono wszystkich więźniów. Siostra Stanisława Zając – nauczycielka, ratowała sytuację na bieżąco, a kiedy założyła rodzinę to zamieszkała wspólnie z matką. Wesele to miało miejsce 14 października 1950 roku. Około trzydziestu gości – siedzieli w pokoju, a tańczyli po sąsiedzku. Skorzystałem ja również z zaproszenia i po raz pierwszy byłem oficjalnie w kościele z moją ubóstwianą Jadzią. Wskazówka od rodziców – Janek tylko się tam nie upij, nie zrób nam wstydu. Uważaj na siebie. Rodzinka Jadzi będzie Ciebie oceniać. Dopadli mnie: brat Jadzi Józef i brat przyszłej teściowej Stanisław z Drezdenka. Szantażem, że tak sprawami pokierują, że Jadzi nie dostanę jeśli nie będę z nimi pił, a jako zaległość musiałem wypić po pięć kieliszków wina i wódki. Z głową było w porządku, tylko tyłek był ciężki. Jadzia wzięła mnie pod rękę. Chodź do mamy, ona załatwi sprawę, za trochę Ci przejdzie. To prawda, po 30 minutach byłem zupełnie trzeźwy. Przyszedł z ciekawości Józek. Od swojej mamy dostał taką reprymendę jakiej nigdy pewnie nie słyszał. Dowiedziałem się także przy okazji, że na weselu własnej siostry Anieli tak upił swego szwagra – Witolda, iż ten pół wesela przespał. Nigdy już potem nie znalazł u mnie uznania za to co mi zrobił. Miesiąc później w listopadzie moja siostra Aniela miała ślub. Zaproszenie pisemne moja dziecinka otrzymała. Prosiła mnie ażeby bez obrazy zwolnić ją z obowiązku uczestnictwa w tym weselu. Jestem młoda, wstydzę się, mam dopiero 18 lat. Takiej szczerej przymilnej prośby nie mogłem odrzucić. Wieczorem z koszyczkiem pożywienia już byłem u boku Mojej Wstydliwości.

Po wyprzedzeniu faktu wracam do lat szkolnych w Słupi – rok 1946. Janek w klasie piątej, Jadzia w klasie czwartej. Ta moja „teatrzykowa siostra” uczyła się super dobrze. Na akademii z okazji 3 Maja miałem powiedzieć cały życiorys Tadeusza Kościuszki, posiłkując się książką. Jednak dla zdobycia uznania, zaszczytu deklamowałem go na pamięć, a książkę ostentacyjnie zamknąłem. W miarę przybywania lat rosła moja odwaga i delikatne uczucie do Jadzi. Po odprawionych w kościele nieszporach w porze letniej pędziłem na pastewnik, gdzie krowę i kozę pasła ta Jedyna. Rozmowy zawsze zahaczały o przeżycia okupacyjne naszego dzieciństwa. Pilnie też tam słuchałem śpiewanych przez Hendrys Stanisławę bardzo różnych piosenek. Do domu musiałem wracać przed pasterką. Ludzie nie mogli mnie widzieć z nią bo była zbyt młoda. Każde jej życzenie było spełniane jak posłuszeństwo wobec rodziców. To jej się podobało. Często też czekałem koło kościoła aż dziewczyny pójdą z nauki śpiewu od organisty pana Grzunki, ażeby tylko Ją zobaczyć. Czasem musiało to wystarczyć na cały tydzień – nauki w gimnazjum było bardzo dużo. Za to powrót z pociągu musiał się odbywać koło jej domu. Czasem Ją zobaczyłem i to była pełnia szczęścia. Miała ona swoje koleżanki, a ja kolegów. W niedzielę jak było ciepło to tak grupowo odchodziły wygłupy. Zimą jazdy na sankach lub podgiętych nogach (ucupioncku) lub na stojąco i to z dużej górki do małej sadzawki – czyli bezpośrednio od starej remizy – można ją zobaczyć tylko na starych zdjęciach. Małą sadzawkę stanowił obszar od przejazdu koło remizy aż do posiadłości Jana Małolepszego. Woda dochodziła około 3 metry przed stodołę i spływała bezpośrednio do otwartego rowu. Sadzawka była płytka 50 do 60 cm wody – dopływała z nadmiaru wody z sadzawki wielkiej, którą zaopatrywały duże źródła. Sadzawka mała okupowana była przez młodzież do 21 roku życia. Od strony ulicy Szerokiej znajdowała się dosyć wysoka grobla. Dużą sadzawkę okupowali pełnoletni. Właścicielem jej był dziedzic. W budynku obok sadzawki dużej znajdował się punkt pocztowy prowadzony przez panią Kamerską – obecnie dom państwa Zalewskich. Po pani Kamerskiej funkcję listonosza wraz z punktem pocztowym we własnym domu przejął pan Możdżanowski. Przy niesprzyjającej pogodzie głosowanie kto ma prosić o zezwolenie do mieszkania padało prawie zawsze na Janka. Dużo mnie to kosztowało stresu, przełykania śliny i zwykłego strachu. Początki zawsze są trudne. Spotkania te odbywały się u pana Jana Krawczyka gdzie jego żona z pełną życzliwością w głosie i radosnym uśmiechem zapraszała do środka. Z czasem córka tej gospodyni została moją bratową na ojcowiźnie. Drugim takim przyjaznym domem to dom państwa Pośpiechów. Samopoczucie naszej grupy było wyśmienite. Nasze zabawy to: gra człowiecze nie irytuj się, czarny Piotruś, budowa linii telefonicznej z zapałek. Całą zapałkę brało się w zęby i podawało sąsiadce, która też zębami musiała tą zapałkę odebrać i odłożyć na stos słupów telefonicznych. Ta czynność była bardzo wolno i ostrożnie celebrowana. Czasem usta wykonujących spotkały się na środku zapałki. Był kwik, przepraszanie, ale zostało delikatne wrażenie. Flirt – gra towarzyska. Karty- pytania i odpowiedzi oznakowane numerycznie. Przy podawaniu karty wszyscy słyszeli tylko numer pytania lub odpowiedzi, nigdy nie słyszeli treści. Były one różnorodne, od bardzo delikatnych, uczuciowych, podniosłych, wydumanych, podchwytliwych, aż po ostre, cięte, wyzywające, krytyczne do bólu, ale prawdziwe – takie, że lico się czerwieniło. Kwitowano to głośnym śmiechem i słowami „ale numer”. Nikt się jednak nie obrażał. Jedynym i najważniejszym obiektem dla mnie w tych spotkaniach koleżeńskich była Jadzia – Zającówna. Ta sama, którą chciałem żeby została siostrą w szkolnym przedstawieniu. Marzenia moje o tej bardzo pięknej, miłej , skromnej, szlachetnej, trochę nieśmiałej, a przez to tajemniczej, przyciągającej, szczerej, dobrej, na wskroś życzliwej było całym moim życiem. To nie schodziło z moich myśli.
W każdą niedziele idąc do kościoła wychodziłem z uliczki jak ona ze swoją mamą dochodziła do posesji dziadka. Byłem dorosły, miałem 17 lat? Takie to spotkania niby przypadkowe pozwoliły mi chodzić na pole jak pasła na krowę o czym już wyżej wspomniałem. Długo jednak nie mogłem prowadzić jej pod rękę. Godzina 21.50 to koniec spotkania i szybki marsza do domu. Godzina 22.00 musiałem być w domu i dwoje pozostałych braci także. Taka była decyzja ojca i to nawet po odbyciu służby wojskowej. Siadaliśmy do stołu i po zjedzeniu chleba i wypiciu mleka – spać.

Brat Stanisław służył w wojsku w 26 p.p. w Birczy, gdzie przed zdobyciem mieściła się podoficerska szkoła UPA – dwanaście sotni (kompani) przyszło odbić Birczę, ale frontowcy nie poddali się. Zginęła tylko obsługa CKMu. UPA straciła 120 striełców plus około 20 zabitych wiązkami granatów w pomieszczeniach piwnic do których wskoczyli po zabiciu obsługi CKMu. Docierała do nich tylko poczta polowa. Listy przysyłał z prośbą o suchy chleb. Brat Franciszek w plutonie CKMów służył na granicy Czeskiej – strażnica Istebna. Wyznaczony jako przewodnik psa służbowego po ucieczce podoficera zawodowego przez Czechy do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Przerzutów dokonywali czescy kolejarze. W porze zimowej brat nosił słomiankę pod pupę psa – żeby się nie zaziębił. Żołnierz musiał leżeć na śniegu. Komentarz zbędny.
W roku 1948 w czasie wakacji. Wywieziono mnie do Mysłowic do brygady – „Służba Polsce”. Pracowaliśmy przy budowie nowej kolejki wąskotorowej z Pustyni Obłędowskiej do kopalni Mysłowice. Wysadzane skały ładowaliśmy na wózki i wywozili na budowany nasyp. Mordercza praca przez 8 godzin bez picia, a po powrocie i obiedzie musztra wojskowa, śpiew i zajęcia polityczne. Zarobiłem cztery medale, a mój ojciec skwitował to słowami wraz z wyjaśnieniem „każdy medal ma dwie strony”. Stamtąd napisałem kartę pocztową do moje Jadzi. Po dwóch miesiącach jak wróciłem postawiła pytanie, dlaczego przysłałeś tą kartę? Całe szczęście, że ją sama odebrałam. Ale z łagodnego wyrazu twarzy wynikało, że jednak nie podpadłem. Nie posiadałem się z radości. Według mnie ta nitka uczucia i nadziei stawała się coraz mocniejsza. Ale to dojrzewające dziecko miało dopiero 16 lat. Przestrzegałem zasady jakie przeczytałem w książce „Ty i ona” – wydanej przez Apostolstwo Modlitwy z Krakowa. Sprowadził ją brat Stanisław. Szła z rąk do rąk aż ktoś ją sobie przywłaszczył.

Updated: 19 maja 2015 — 20:35
Nasza prasa obejmuje swym zasięgiem cały powiat kępiński (gminy: Baranów, Bralin, Kępno, Łęka Opatowska, Perzów, Rychtal i Trzcinica). W skład tej grupy mediów wchodzi dziennik - portal ziemiakepinska.pl i gazeta drukowana - czasopismo "Ziemia Kępińska".
Na terenie powiatu działają jeszcze inne lokalne media (innych wydawców): Kepnianie.pl, Twój Puls Tygodnia, Tygodnik Powiatowy, Radio Sud, Gazeta Bezpłatna Kurier Lokalny Powiatu Kępińskiego, Tygodnik Kępiński. Polecamy również zaprzyjaźnione forum Kympno.pl
Ziemia Kępińska © 2014
Frontier Theme
Przeczytaj poprzedni wpis:
biblioteka-plakat
Noc Bibliotek w Kępnie

W sobotę 30 maja 2015 r. Samorządowa Biblioteka Publiczna w Kępnie zaprasza na ogólnopolską Noc Bibliotek . Pełną atrakcji wieczorną imprezę...

Zamknij