Ziemia Kępińska

Prasa lokalna - Kępno i okolice

Reklama:

„WSPOMNIENIA” Jana Lorenca

Dnia 3 maja około godziny 11.30 wkroczyła amerykańska dywizja pancerna. Wielki szał radości. Wismar poddał się bez strzału, ale doborowa dywizja SS Herman Gering broniła się w lasach przy trasie Wismar – Szwerin. Amerykanie ustawili w pobliżu naszego baraku działo, przy którym średnica lufy wynosiła 40 cm, obsługę stanowili murzyni. Dowódca biały- Polskiego pochodzenia dał dwie godziny na opuszczenie baraku. Moim „Gustawem” odwiozłem nasz dobytek do sąsiedniej wioski. Przez dwa dni kanonady Niemcy skapitulowali, a futryny i okna w naszym baraku się rozleciały. Murzyni gwałcili niemieckie dziewczyny. Rozpoznać ich nie potrafiły stwierdzając, że oni wraz z włosami są bardzo czarni i nikt nie był wstanie wskazać winnego. Amerykańskie dowództwo administracyjne wydało zarządzenie w języku polskim, francuskim, angielskim i niemieckim. Wszelkie porachunki w stosunku do swoich ciemiężycieli można załatwić osobiście w przeciągu sześciu dni. Wszelka samowola po tym terminie będzie karana zgodnie z prawem anglosaskim. W Klüssendorfie tylko sołtysowi spalono stodołę, który bardzo gnębił swoich czterech pracujących u niego Polaków. W wiosce oddalonej od nas około 10 km wielkiemu dziedzicowi, który w szczególny sposób znęcał się nad swoimi robotnikami różnych narodowości odcięto brzytwą głowę. Pozostawione niemieckie samochody w okolicy ściągnięto na dziesięcio hektarowe pole Von Brun. Wjeżdżały na własnym napędzie. Wszystkie były sprawne. Spalono je, żeby nie dostały się w ręce zajmujących te tereny Rosjan. Spotkanie frontów armii amerykańskiej i czerwonej miało miejsce w miejscowości oddalonej około 10 km od Klüssendorfu a 3 km od Wismaru.

Chętnych na wyjazd do ojczyzny zgrupowano w koszarach wojskowych  w Wismarze. Oficer Polski – był nawet w rogatywce, namawiał na wyjazd do Polski. Proponował dojazd samochodami do Szczecina, a stamtąd pociągiem do domu. Wkrótce przyjechało siedem ruskich samochodów wojskowych, których kierowcy mieli podarte buty i bardzo zużyte mundury. Nędza w stosunku do amerykańskich żołnierzy. Wszyscy się pchali na grandę. Samochody załadowane do granic możliwości – odjechały. Około 40 minut później znów podjechało siedem samochodów, ale kierowcy byli ci sami. Mama z bratem stwierdzili, że to pułapka. Przecież nie mogli w takim czasie dojechać do Szczecina. Za tobołki i z powrotem do koszar. Po około 30 dniach wybrałem się pieszo po mleko do Klüssendorfu, do pana Bussa. Przed jego domem stał już rosyjski żołnierz z niebieskim otokiem (NKWD). On dalej rządził gospodarstwem. Wyszło na jaw dlaczego nie bał się ruskich.

Na roboty jesienne 1943 roku przywożono około trzydziesto ruskich jeńców i kwaterowano ich w pomieszczeniu sąsiadujących bezpośrednio z mieszkaniem Bussa. Przegradzała tylko ściana grubości jedenastu centymetrów. Dowożone jeńcom jedzenie było bardzo mizerne. Rodzina Bussa codziennie gotowała dwa parniki ziemniaków, własnych, po około 100 kg w jednym. Gotowanie odbywało się gdy wachman był z jeńcami w polu. Wieczorem żona wyciągała cegiełkę i podawała je rosyjskim jeńcom. Przed odjazdem tej grupy będący wśród nich komisarz wypisał Bussowi po rosyjsku na małej kartce papieru kilka zdań. Buss powiedział mi „Warto być człowiekiem”. Był to czas kiedy Rosjanie zajęli wówczas administracyjnie całe tereny aż po Lubekę. Do skoszarowanych Polaków wstęp był dla nich wzbroniony.

Na początku lipca 1945 roku załadowano nas do dużych samochód wojskowych i jazda na zachód. Kolumna około dwadzieścia samochodów zatrzymała się w Lubece. Wysiadki jednak nie było. Koszary były przepełnione. Skierowano nas na kierunek Hamburg. Bokiem Hamburga przemieszczono nas po moście pontonowym na drugi brzeg rzeki Elby. Na całej długości pontonowego mostu mogły znajdować się tylko trzy samochody. Wrażenie okropne, wszystko się ugina, chwieje. Ludzie śpiewali „Kto się w opiekę” i nikt się nie wstydził. Miejscem naszego przeznaczenia był Bardowick, powiat Lünneburg (50 km za Hamburgiem). Miejsce przesiedlonych Niemców w tej dużej wiosce znalazło schronienie 5 tyś Polaków. Zostaliśmy zakwaterowani – cztery rodziny w parterowym domu. Środkiem płatniczym była nadal marka. Żywność była wydzielana przez komendanta ulicy. Przydziały były nieduże. W tej wiosce zorganizowano Polską szkołę, teatr, był kościół po ewangelicki i duża hala gdzie także księża kapelani w mundurach odprawiali mszę święte. Chodzące do szkoły dzieci, każde codziennie dostawało jedną tabliczkę czekolady i dowolną ilość mleka do picia. Chodziłem tam do trzeciej klasy szkoły podstawowej. Młodszy brat Czesiu do drugiej. Należałem do harcerstwa. Uczono polskich pieśni patriotycznych, a następnie krocząc w tempie marszowym śpiewaliśmy je z radości, że potrafimy bardzo głośno, a ludzie klaskali. Mniejsze dzieci maszerowały za nami. Młodszy brat Czesław tutaj przystąpił do I Komuni Św, Śluby małżeńskie odbywały się całymi godzinami. Wystarczyło tylko dwóch świadków. Dlatego do takiego jednego z „młodych panów” dotarła stara młoda pani z piątką dzieci. Czasem późnym popołudniem maszerowałem z kanką trzylitrową na pastwisko, gdzie Niemka doiła krowy na polu. Za odebrane mleko zawsze płaciłem uczciwie. Były też jagody w lesie, około 2 km od nas. Z bratem Czesławem po nazbieraniu około 1,5 litra wróciliśmy spokojnie do domu. Chłopak idący za nami w odległości około 500 metrów został zastrzelony z rewolwera przez Niemca w mundurze hitlerjungen. Wojsko okupacyjne okrążyło całą wioskę z której padły strzały, żeby Polacy jej nie spacyfikowali. Wtedy pierwszy raz w życiu zobaczyłem przywiezionych samochodami żołnierzy w spódnicach. Byli to Szkoci. Sprawcę zabójstwa schwytano. Miał piętnaście lat. Proceder zabierania rowerów jadącym do pracy Niemcom kończył się dwumiesięcznym aresztem pod nadzorem niemieckiej policji bez broni. Kierowali oni także całym ruchem drogowym w Lünneburgu. Widzieliśmy to odwiedzając chorego na astmę brata Franciszka. Tam też pierwszy raz za 20 Fenigów jechaliśmy na diabelskim młynie. Szajka handlująca mięsem Polaków kradła i zabijała zwierzęta w sąsiednich wioskach. Poszli siedzieć za to na dwa lata i złodziejstwo się skończyło.

Dnia 6 sierpnia w 1945 roku dowiedzieliśmy się o zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę. Byłem także gapiem jak dwóch Polaków urządziło sobie pojedynek na głównej ulicy w Bardowicku, zapełnionej ciekawskimi ludźmi. Wezwana żandarmeria wojskowa na pełnym biegu wojskowym wilisem podjechała do nich i zakuła ich w kajdany. Wtedy płakali i przytulali się do siebie. Przemyślenia ich trwały 3 miesiące w areszcie. Byłą to bardzo dobra szkoła na samowolę. Po jakimś czasie w lesie, w odległości około 15 km od Bardowicku, w pobliżu torów kolejowych natrafiono na dwa ogromne groby. To więźniowie, których ze względu na zbliżający się front amerykański nie zdążyli ich dowieźć do obozu koncentracyjnego Bergen-Belzen, oddalonym od Lünneburgu 150 km. Rozstrzelano ich po drodze.

Wśród więźniów pędzonych z Oświęcimia do Sachsenhausen był także brat mojej mamy Lorenz Antoni. Po skasowaniu tego obozu pędzono ich do Bergen-Belzen. Tam doczekali się wyzwolenia przez armię amerykańską. Mama wraz z wycieczką zabrała się do tego obozu w celu ewentualnego spotkania się z bratem, który jednak już wyjechał do Szwecji na leczenie.

Komendant naszej ulicy wyznaczył mnie do pracy szarwarkowej w gospodarstwie ogrodniczym. W trakcie pracy poszedłem z potrzebą na stronę i tam zauważyłem w środku krzaków kobietę która się bardzo słabo poruszała i była cała zapuchnięta. Pobiegłem zgłosić komendantowi i za parę minut wnoszoną ją do sanitarki wojskowej. Była w ciąży i cichym głosem powtarzała „Zostawcie mnie, nie chcę żyć, nie chcę żyć”. Komendant bardzo mnie pochwalił i potem podziękował jeszcze mojej mamie za dobre wychowanie syna. Minął miesiąc, pan komendant przy spotkaniu na ulicy powiedział do mnie „Ta odnaleziona przez ciebie kobieta to piękna panna, znajduje się w szpitalu w Lünneburgu. Jest już radosna i oczekuje na poród. Kazała także tobie podziękować, że uratowałeś jej życie”. Znalazła się także pochwała na zbiórce harcerzy od zastępowego.

W samych Bardowicku zaczęła się agitacja o konieczności wyjazdu np. do Anglii, Ameryki, Afryki czy Australii. Mama ze starszym bratem zdecydowali, że nie chcą obiecywanego raju, a spotkania z całą rodziną w kraju. Jedziemy do Polski, do taty, do brata, do dwóch sióstr i cioci. Po zapisaniu na listę osób wracających do kraju, komendant ulicy straszył: „Jeszcze na kolanach będziecie chcieli wracać z powrotem, ale to stanie się niemożliwe.”

Około 25 października 1945 roku zostaliśmy załadowani do wojskowych ciężarówek i dobrze zaopatrzenie, nawet w papierosy – 1000 sztuk w blaszanym pudełku dla jednej rodziny. Kolumna składała się ze stu samochodów w czterech grupach. W pobliżu Elby potężne piramidy z łusek armatnich przerażały. Przejeżdżaliśmy także po moście pontonowym, ale istniały tam poprzednio las po obu stronach rzeki stanowiły tylko ich kikuty, a potężne leje po bombach i pociskach mówiły o ogromie zniszczeń i na pewno poległych tam ludziach. Po dojechaniu do linii tymczasowo ustalonej jako strefa rosyjska, zatrzymano naszą kolumnę i za kilka minut rosyjski, wielce brzuchaty oficer przeprowadzał jadąc wzdłuż całej kolumny konną bryczką swoją inspekcję. Mieli oni zakaz kontroli transportu prowadzonych przez żołnierzy alianckich. Tak spokojnie dotarliśmy do miejscowości Dessau, miejsca odpoczynku zabezpieczonego przez spadochroniarzy angielskich. Rosjanie nie mieli prawa wstępu, ale jeden odważny się znalazł. Po odbezpieczeniu automatu przez anglika natychmiast wyszedł za ogrodzenie. Zgrozą napełniały nas ogłoszenia typu tyfus. Wszędzie brud, smród i ubóstwo. Wszystkich po rozładunku zakwaterowano w ogromnej owczarni na oborniku lekko przyprószonym słomą. Żadnego jedzenia ani picia, spożywaliśmy tylko suchy prowiant. Przymrozki nie pozwalały spać w samochodzie. W razie komplikacji zdrowotnych do każdych 25 samochód była przydzielona jedna sanitarka czerwonego krzyża. Przejeżdżaliśmy przez miasto Prenclau – z całego miasta pozostał tylko jeden stojący komin niewysokiego domu. Jedyna przejezdna ulica pozwalała na bardzo wolną jazdą samochodów wojskowych i to w jednym kierunku. Wiało tu grozą zakończonej wojny i ponurą myślą o ludziach, którzy znaleźli się pod tymi gruzami. Około godziny 12 dojechaliśmy do tablicy „Granica Państwa Polskiego”. Obok niej stojący Polski żołnierz grał na skrzypkach „Jeszcze Polska nie zginęła…”. Radość w samochodzie nie do opisania. Aż tu nagle po przejechaniu około 3 km przy okazałym domu wzdłuż schodów wejściowych od samej furtki aż do drzwi łopotały czerwone chorągiewki, od najmniejszej do największej. Nie wypada tu zamieszczać wypowiedzi starszym mężczyzn którzy walczyli z bolszewikami w 20 roku na temat niepodległości Polski.

Przywitanie w ośrodku repatryjacyjnym w Szczecinie brzmiało „Rodacy witamy was w wolnej Polsce. Ta banda z zachodu nie chciała was puścić do wolnej ojczyzny”. Potężne głośniki brzmiały: o to dzień dziś krwi i chwały. Po rozładunku zakwaterowania szukać musieliśmy sobie sami w rozwalonych domach. Zajęliśmy pokój bez okien i bez zamka w drzwiach, które zamocowaliśmy drutem. Pozostawienie tego lokum bez opieki groziło utratą całego skromnego dobytku. Formalności personalne załatwiano super szczegółowo. Ludzie z dokumentami dostawali karty przejazdu koloru różowego. Pozostali koloru niebieskiego. Co przy zgłoszeniu się w miejscu zamieszkania zobowiązywało władzę do szczególnej „opieki”. Poczta pantoflowa donosiła „Uwaga na ruskich – kradną”.

30 października 1945 roku mieszane wagony towarowe i osobowe dla załadunku ludzi udających się w kierunku Warszawy ustawiono na stacji Szczecin Pogodno. Nasze tobołki trzeba było ciągnąć na odległość 300 metrów i bardzo mocno pilnować przed utratą. Pomagali przy tym strzelając na postrach kolejarze w mundurach wojskowych. Kiedy było bardzo źle strzelali także cywile naszego transportu. Otrzymali oni w darze od anglików automaty z uchylną korbą. Przez to była bardzo krótka i łatwa do schowania. Ulokowano nas w przedziale wagonu osobowego bez okien i dlatego stojąc przy nim słyszeliśmy jak strasznie coś skrzypi pod przejeżdżającym pociągiem. Pociąg jechał z nóżki na nóżkę. Most bowiem zbudowany był z podkładów kolejowych. Przejazd przez Odrę trwał dosyć długo, słychać było śpiewania pieśni kościelnych. Postój pod Choszcznem nie był przyjazny dla nas. W dole nasypu na którym staliśmy stacjonowała jednostka „Iwanów”. Tak mówili uczestnicy wojny 1920 r. Mieli oni zamiar ulżyć naszym skromnym bagażom. Wywiązała się strzelanina jak na prawdziwym froncie. Potem się okazało ile posiadali karabinów nasi spokojni mężczyźni. W trakcie tej strzelaniny leżeliśmy całą czwórką na podłodze wagonu. To nas uratowało. Zewnętrzna ściana wagonu na wysokości około 52 cm była przestrzelona kilkakrotnie. Postój naszego transportu na stacji Piła nie należał do ciekawych. „Iwany” chciały przeprowadzić rewizję w pociągu, ale nasi wojacy – Polscy żołnierze stanęli wokół całego pociągu. Było ich bardzo dużo. Ich transport stał na sąsiednim torze. Wdzięczni im za ochronę ludzie z naszego transportu pożegnali ich hymnem narodowym. Około godziny 10.00, 31 października 1945 roku dotarliśmy do stacji Poznań. Dworzec cały w gruzach. Po długich odpytywaniach dowiedzieliśmy się, że pociąg osobowy do Katowic przez Kępno ma odjechać o godzinie 12.00. Mama zaczepiła takiego starszego kolejarza, który stał na stopniu lokomotywy mówiąc „Niech nam pan pomoże stąd odjechać bo przy takiej liczbie ludzi czekających na peronie na pewno nie wejdę z tymi dziećmi”. Powiedziała przy tym, że za załadowanie do przedziału da im tysiąc papierosów w blaszanej puszce. Trójka, ale już młodych mężczyzn zabrało nasze tobołki i kazało nie zwracać uwagi na krzyki ochrony kolei. Tylko biegnąć za nimi przez tory. Tam na postojowym torze zajęliśmy pierwszy przedział od drzwi. Za papierosy bardzo dziękowali i życzyli szczęśliwej drogi. Tymczasem ludzie z braku miejsca powchodzili na pomosty, zderzaki wagonów i bardziej płaskie dachy. Około godziny 16.00 wysiedliśmy w Kępnie. Wyrzucając nasze tobołki przez okno. Tylko matka z trudem przedarła się korytarzem do drzwi. Franek, Janek i Czesiu opuścili wagon oknem. Zajmujący po nas przedział wystawili nas przez okno na peron. Janka wysłano po furmankę do domu. Wędrowałem ścieżką obok torów kolejowych. Jednego bardzo się bałem – wybuchu miny. Radość połączona z płaczem na powitaniu w domu odebrała mi mowę. Ojciec pożyczonym od siostrzeńca koniem przyjechał do Kępna i przywiózł resztę rodziny. Pan Bóg pozwolił, że dnia 31 października 1945 roku cała rodzina wraz z ciocią Marianną zasiadła do wspólnej kolacji. Przed ich przybyciem ze stacji Kępno poszedłem na różaniec do kościoła, na sam przodek przed ołtarz. Tego szczęścia i uniesienia nie da się po prostu nanieść na papier. Te wspomnienia wracają jakby to było wczoraj. Wychodząc z kościoła spotkałem dwie dziewczyny z którymi urządzaliśmy wspólne dziecięce zabawy przed wysyłką na roboty przymusowe. Wypowiedziałem słowa: jedno Aniela, drugie Jadzia. Te ostatnie było dla mnie bardzo drogie. Będąc w Klüssendorfie napisałem pocztówkę z zaadresowaniem Jadwiga Zającówna Frajenfelde, numer 52, post Kempen, prowinc Wartegau. Mama nie kazała jednak tej pocztówki wysłać bo pismo było niezdarne. Rozpoczęło się jakby życie od nowa. Cała rodzina w komplecie: mama, tata, Stachu, Franek, Aniela, Janek, Czesiu, Terenia i ciocia. Klękaliśmy razem do modlitwy dziękując za powrót, ocalenie i przeżycie tej potwornie strasznej niemieckiej okupacji. Niezwłocznie trafiłem do klasy piątej a młodszy brat do czwartek szkoły podstawowej w Słupi. Wkrótce zachorował on na chorobę zakaźną dyfteryt. Z braku odpowiednich lekarstw zmarł już 22 listopada. Rodzice z wielką rozpaczą powtarzali „Wola Twoja Panie”. To podwójne wysiedlenie i wywózka do Niemiec zrobiły swoje z tym wątłym, bladym i chudym chłopczykiem. On tam w Klüssendorfie był takim naszym kucharzem i porządkowym. Przerażony ciągłymi alarmami. Jak tylko syreny zawyły to już był u nas na polu. Przytulany przez mamę po ciężkim wzdychaniu i płaczu na dobre uspokoił się dopiero po odwołaniu alarmu. Obawiając się następnego alarmu co się bardzo często zdarzało, przebywał z nami na polu do końca pracy. Po powrocie z wywózki chodził ze mną do jednej klasy – rozdzielonej na czwartą i piątą. Czasami prosił mnie by mu pomóc w odrabianiu lekcji. Widocznie ta choroba już zaczęła go męczyć. O zgrozo! A ja niejednokrotnie mu odmawiałem. Mimo upływu 62 lat ta odmowa pomocy chodzi za mną. To jest coś co chciałoby się uregulować, uporządkować, nadrobić, ustrzec innych przed takim postępowaniem. Mój braciszek Czesiu umierał w pełni świadomy. Najstarszy brat na życzenie umierającego przyprowadził mnie od dziadków. Stanąłem przed nim, a on powiedział „Janek choć bliżej do mnie, pożegnamy się” i mocnym uścisku rzekł spokojnym głosem „Ja teraz idę tam paść te moje białe owieczki”. Podniósł rękę lekko ku górze i umarł.

Czytelniku wspomnij na moją prawdziwą relację w razie rodzinnych niesnasek, kłótni czy nieporozumień. Aby życzliwość dla wszystkich ludzi towarzyszyło Ci przez całą drogę życiową, a spokój sumienia wszystko Tobie wynagrodzi!!!

Updated: 19 maja 2015 — 20:35
Nasza prasa obejmuje swym zasięgiem cały powiat kępiński (gminy: Baranów, Bralin, Kępno, Łęka Opatowska, Perzów, Rychtal i Trzcinica). W skład tej grupy mediów wchodzi dziennik - portal ziemiakepinska.pl i gazeta drukowana - czasopismo "Ziemia Kępińska".
Na terenie powiatu działają jeszcze inne lokalne media (innych wydawców): Kepnianie.pl, Twój Puls Tygodnia, Tygodnik Powiatowy, Radio Sud, Gazeta Bezpłatna Kurier Lokalny Powiatu Kępińskiego, Tygodnik Kępiński. Polecamy również zaprzyjaźnione forum Kympno.pl
Ziemia Kępińska © 2014
Frontier Theme
Przeczytaj poprzedni wpis:
biblioteka-plakat
Noc Bibliotek w Kępnie

W sobotę 30 maja 2015 r. Samorządowa Biblioteka Publiczna w Kępnie zaprasza na ogólnopolską Noc Bibliotek . Pełną atrakcji wieczorną imprezę...

Zamknij