Ziemia Kępińska

Prasa lokalna - Kępno i okolice

Reklama:

„WSPOMNIENIA” Jana Lorenca

II wysiedlenie i wywózka do Niemiec

Stary niemiecki policjant- Bajernczyk, często odwiedzał wioski swojego rewiru i to: Słupia- Frajenfelde, Jankowy- Sztigenfeld, Donaborów-Ambach, Mroczeń- Morszitc, Baranów- Runstadt i to była siedziba posterunku. Wtajemniczeni Polacy uzgadniali z nim potajemnie świniobicia. Wtedy bardzo aktywnie jeździł rowerem po wiosce, a jak było po wszystkim bardzo dokładnie kontrolował porządek w obejściu. Załadowaną torbę zabierał i wracał do Baranowa a stamtąd kolejne paczki jechały do Rajchu (żony w Bayern). Około 15 maja 1944 roku jadąc rowerem kazał przywołać mamę, a mnie wypędził do domu. Po rozmowie z nim mama wróciła do naszego pokoiku i zaczęła szlochać mówiąc „ Szykuje się następna wywózka, ale paskudnie daleka” Policjant kazał mamie nasuszyć chleba, żeby dzieci nie przymierały z głodu. Mama ze zmielonym na żarnach (ręczny śrutownik) zboża dodatkowo zawiozła do piekarza takie duże bochenki chleba i to tylko ze samej mąki. Normalnie dodawało się gotowane duszone kartofle i gotowane zboże. Tylko wierzch uformowanego zboża mocno posypywano mąką żeby nie było widać tego ziarna bo piekarz krzyczał i nie chciał przyjąć do wypieku. Pogłoski o większej liczbie mieszkańców, wyrobników i biednych ludzi wędrowały po wiosce. Niemcy musieli zrobić miejsce Szwarzmehrdeutschom i stało się.

Dnia ósmego czerwca 1944 o godzinie 5.00 wysiedlono nas po raz drugi i to: Lorenc Stanisława (44 lata), syn Franciszek (17 lat), Jan (14 lat), Czesław (11 lat), razem z właścicielką domu panią Rokita.

Wszystkie zapakowane worki opisane były wyraźnie adresem właściciela. Pierzyny tym razem zdążono zabrać i suszony chleb także. Furmanki konne wszystkich wysiedlonych zawiozły na rampę wojskową na stację Kępno. Wszyscy podlegali ścisłej rejestracji i zostali zapakowani do wagonów osobowych, a nasze tobołki do wagonów towarowych. Porządek trzymało gestapo. Około godziny 18.00 po sformowaniu długiego pociągu skierowano go na kierunek Ostrzeszów. Przerażeni ludzie nie wiedzieli dokąd ich wywiozą. Jedni mówili, że na mydło do Oświęcimia inny że na roboty przymusowe. Pieśń kościelna „Szczęśliwy kto sobie patrona Józefa ma za opiekuna” – była bardzo przejmująca i skłaniała do zrobienia rachunku sumienia. Dokąd jedziemy tylko Bóg jeden wie. Śpiew pieśni kościelnych słychać było w całym pociągu. Pomiędzy stacją Domanin i Ostrzeszów w lesie na bardzo ostrym łuku kilku mężczyzn wyskoczyło z wolno jadącego pociągu. Eskortujący nas Banszucy otworzyli do nich ogień z karabinów, ale bliskość lasu na pewno uratowała im życie. W nocy przed godziną 24.00 dojechaliśmy do stacji Lodź Kaliska. Wszyscy musieli opuścić pociąg i formować kolumnę. Było strasznie ciemno. Pędzeni pieszo z obstawą wojskową co pięć kroków maszerował żołnierz wermachtu z bronią gotową do odstrzału. Po około godzinnym marszu czwórkami dotarliśmy do olbrzymich hal gdzie były ślady zdemontowanych urządzeń fabrycznych i tam jeden raz dziennie można było dostać zupę do własnego naczynia – jednak nie do wszystkich starczało. Przymusowa zapędzali do kąpieli razem mężczyźni, kobiety i dzieci. Decydent puszczał wodą bardzo gorącą a za chwile bardzo zimną. Przerażeniem ogarniały ludzi dwie olbrzymie sterty różnego rodzaju butów. Ludzie mówili „To buty po tych których przerobiono na mydło”. Po tygodniu część rodzin wywieziono na roboty do Austrii. Nas z powrotem załadowano do pociągu i po trzech dniach z dłuższymi postojami na skutek alarmów powietrznych dotarliśmy do obozu przejściowego Parchim w Mecklenburgii. Załogę tego obozu stanowili Ukraińcy- członkowie SS Galicjen. Przy przekroczeniu bramy grali oni dla upokorzenia na skrzypkach i akordeonie „Jeszcze Polska nie zginęła”. Parchim to potężny obóz rozmieszczony między nasypem toru kolejowego, a lasem. Cały ogrodzony wysokim płotem drucianym. Odległość do lasu wynosiła około 10-15 metrów. Bagaże nasze przywieziono ze stacji samochodami i zrzucono przed barakami. Łóżka w baraku wskazywał wyznaczony przez nadzorcę Polak i on był odpowiedzialny za porządek wewnątrz i zewnątrz baraku. Nasze dobrze opisane worki odnaleźliśmy bez kłopotu, ze suszonym chlebem włącznie. Ciekawość kazała obejść cały obóz. Barak kuchni stał szczytem do naszych baraków a równolegle do kuchni przebiegał płot z drutu oddzielający naszą część obozu od rejonu gdzie przebywali rosyjscy jeńcy wojenni. Straszne mieli życie, morzono ich głodem. Przy wydawani posiłku wszyscy się pchali do kotła, a „zacny” kucharz zamiast nalewać zupę bił ich tą swoją litrową nabierką. Czasem nawet dwoje jeńców potrafił zabić podczas wydawania obiadu. Wtedy podjeżdżano konno platformą z dwoma zbitymi korytami do których pozostali jeńcy wrzucali swoich kolegów. I furman wywoził ich do lasu o którym wspomniałem wyżej. Ciało z koryta wrzucali do przygotowanego dołu. Sąsiedzi z baraku podczas kopania takich dołów wykopali wojskowy znak rozpoznawczy wojskowego księdza kapelana. Mówili nam, że po wojnie przekażą to do wojskowej komendy rejonowej. Taki to był obóz przejściowy Parchim. Tak, był przejściowy, ale do nieba.

Baraki były tak zapluskwione, że jeńcy spali na zewnątrz. Cześć z nich z wycieńczenia już nigdy się nie obudziła. W jednym dniu powożący końmi platformę obracał trzy razy. Mama Janek i Czesiu byli dokładnie pogryzieni przez pluskwy, zwłaszcza nogi – ropne bąble sięgały prawie do kolan. Mama targała paski z prześcieradła i te nogi owijała. Często w nocy chodziliśmy po placu żeby się uwolnić od tych insektów. Natomiast brat Franciszek spał sobie snem sprawiedliwego. Przechodziły przez niego, ale nie gryzły.

Przywieziony suchy chleb ułatwiał nam życie. Jeżeli po czterogodzinnym staniu w kolejce nie starczyło zupy którą stanowiły wyciśnięte owoce, kawałeczki starych nagnitych buraczków i brukwi, rzadko znaleziono kawałek ziemniaka w litrze zupy. Jeżeli służbę wartowniczą pełnił stary SS-man to brat Czesiu wyciskał się do lasu po chrust pod drucianym płotem. Zagotowana woda służyła do sparzenia suszonych kawałków chleba i to nas trzymało przy życiu.

Około trzy tygodnie od przyjazdu zrobiono dezynfekcje – rzeczy i przedmioty w wysokiej temperaturze przerzucono do drugiej części obozu. W trakcie przechodzenia robiono nam zdjęcia z nadanym kolejnym numerem obozowym i tak Stanisława Lorenz- 789, Czesław- 788, Jan – 787, Franciszek – 786. Znalazły się one w książeczkach pracy i ubezpieczeniach. Numer obozowy umieszczony był na tabliczce którą każdy musiał trzymać na klatce piersiowej. Nasza nadzieja, że będziemy wolni od insektów skończyła się w pierwszą noc. Mogliśmy tylko spać na zewnątrz lub chodzić wewnątrz w razie niepogody. Tylko brat Franciszek „nietykalny” spał spokojnie w baraku. Nikt z pytanych o to nie potrafił odpowiedzieć dlaczego pluskwy go nie chwytają. Tak samo było z wszami we włosach.

W sumie po sześciu tygodniach odwieziono nas na stacje w Parchimie i ulokowano w bydlęcym wagonie uczepionym na końcu pasażerskiego pociągu. Nikt nie powiedział nam dokąd pojedziemy. Dopiero na stacji Wismar- miasto portowe i tu po raz pierwszy zobaczyłem morze. Kazano nam wysiadać, a tobołki wynieść na ulicę przed stację. Jeszcze w trakcie jazdy pociągiem mama wyiskała z moich włosów ponad dziesięć małych stworzątek. Po około dwóch godzinach czekania przyjechał końmi woźnica- Polak i przewiózł nas do miejscowości Klüssendorf, do dużego gospodarstwa starej kobiety Von Brun. Przepytała matkę z życiorysu i poczęstowała każdego grochówką i jedną skibką chleba. Potem Franciszek i Jan do składania i ubijania suchej lucerny na strych nad oborą. Po paru minutach tłoczona dmuchawą lucerna przysypała Franka. Na mój krzyk zatrzymano dmuchawę i wyciągnięto brata. Przeniesiono go do otwartego okna i nie kazano więcej pracować. Zarządcą na tym gospodarstwie był pan Buss. Posłał żonę do sklepu i za parę minut przyniosła nam po dwie czerwone oranżady mówiąc „kochane dzieci, pijcie wolno”. Mówiła także, że jesteśmy bardzo słabi i już dziś nie będziemy pracować. Nie wolno jednak nam iść do mamy bo właścicielka by tego nie zniosła. Zakwaterowano nas w pomieszczeniu o wymiarach 2m x 4m, ale wkrótce przekwaterowano do baraku, który stał na poboczu oddalony około dwieście metrów od gospodarstwa. Grubość muru tego baraku to cegła położona na płasko. Dach stanowiła więźba dachowa pokryta deską grubości jednego centymetra i papą. W porze zimowej spaliśmy z okryciami na głowie, a przy większym mrozie pierzyna zamarzała pod nosem. Przydział węgla brunatnego na całą zimę to 250 kg. Na drugi dzień po przyjeździe już parą wołów musiałem zwozić rzepak do omłotu. Woły nie chciały mnie słuchać, byłem zbyt słaby żeby utrzymać je w lejcach. Załadowany wóź się przewrócił, był straszny hałas, ale bicia nie dostałem. Po wymłóceniu rzepaku musiałem jechać z pługiem dwuskibowym orać te pole. Gehenna- pług ciężki, nie byłem wstanie go nadrzucić. Woły jak stanęły to ani rusz. Kopałem, biłem i z płaczem drapałem po pyskach, a orane pole wyglądało jakby je poryły dzikie świnie. Męczarnia trwała prawie cały tydzień. Gorączka była straszna. Krew rzucała mi się z nosa. Chleba na pole mama nie dawała bo dostawała cztery bochenki chleba o wadze 1 kg na cały tydzień. Zarządca zaś wydawał raz w tygodniu kipę kartofli (to koszyk większy od pałążka), obsypany miał około 15 kg maksymalnie. Dojrzałe zboże ścinała konna snopowiązałka. Po wyschnięciu wszystko młócono. Potrzebna część zostawała w spichlerzu, resztę na bieżąco odstawiono do Wismaru. Młocarnia była nowoczesna kosztowała 10 tyś marek. Obsługę stanowiło jedenastu pracowników. Pierwszy nadzorował prace traktora jeśli nie było prądu, drugi zrzucał z wozu na dół snopki na taśmociąg, który transportował je do samego bębna omłotowego. Przed tym jednak ostre pazury- noże rozcinały sznurki na snopkach. Trzeci odnosił worki ze zbożem na przyczepę. Czwarty układał bale na stogu. Ustawione prowadnice wypychały bale tam gdzie układający chciał je mieć. Piąty jeśli stóg był wysoki pomagał czwartemu. Szósty i siódmy układali zboże na wozach. Ósmy, dziewiąty i dziesiąty to furmani, wozacy. Jedenasty podawał snopki z wozakiem na wóz. Pracownik numer dwa to brat Franciszek, szósty i siódmy to mama z Jankiem. Normalnie pracowaliśmy tylko osiem godzin, a przy omłotach dziewięć godzin dziennie- nigdy w niedziele. Zarządca twierdził „Co przez tydzień zarobisz to w niedziele stracisz”. Za to ludzie pracowali jak na swoim. Wściekły sołtys straszył zarządcę, ze zgłosi go na gestapo. Dlatego kazał w jednej z niedziel zabrać ze sobą stare ciuchy i maszerować do wyrywania lnu. Pracę kazał rozpocząć od strony granicy pola, a nie od szosy. Po wyrwaniu długości dwóch metrów kazał leżeć do godziny piętnastej i wracać do domu. Zarządca poszedł zwiedzać pole i więcej do nas nie wrócił.

Kiedy bronowałem pole na jesienne zasiewy kazał się zatrzymać i zjeść śniadanie. Widząc, że nie mam nic do jedzenia wyjął własny chleb, przełamał i połowę mi podał. Kazał powiedzieć mamie, żeby zapłakała przed piekarzem, że brak wam chleba. To kartki odetnie na końcu tygodnia. Miał on siedmioro własnych dzieci. Mama z wdzięczności płaciła mu drożej, ale chleba nie brakowało. Sprawę ułatwiało zamieszkiwanie na poboczu. Buss bardzo mnie lubił, a przy odbiorze ziemniaków przeganiał mnie na koniec kolejki i dostałem przydział jako ostatni, ale wraz z kluczykiem od ziemianki. Z poleceniem dostarczenia go jego żonie o godzinie czwartej rano przy dojeniu krów. Teraz to siły wracały. Mleka też czasami udawało się przynieść na dnie w wiaderku, w którym brat nosił wodę do gotowania bo przy naszym baraku studni nie było. W trakcie choroby sprzątaczki pani Ireny (Polki) Von Brun wytypowała mnie do tej pracy. Przy froterowaniu ciężką froterką pot kapał na podłogę i wszystko się zamazywało, a gospodyni krzyczała, że jestem nygus i leń. Musiałem strugać ziemniaki, palić w piecu kuchennym i pokojach. Podczas świniobicia musiałem gorącą solą nacierać szynki. Przywołany do pomocy zabitej świni zarządca kazał mi strugać kartofle do obiadu. Po ukończeniu wrzucił pod te strużyny około dwa kilogramy pokrojonego mięsa i głośno krzyczał żebym się pośpieszył bo za wolno pracuje i wyniósł te strużyny do świniarni. Włożyłem ten prezent do zawiązanego rękawa mojej zimowej odziewki- bardzo stara zużyta kurtka którą otrzymałem na początku zimy od Bussa. Jeszcze dzisiaj widzę rozpromienioną twarz mamy jak opróżniałem ten rękaw. Później w tym samym rękawie przyniosłem zabitą dziką kaczkę, która w czasie ucieczki przed jastrzębiem schroniła się w gałęzie cięte siekierą na drobne kawałki. Jesienią 1944 roku wszyscy zatrudnieni Polacy zbierali ziemniaki na akort. Za każdy uzbierany i wysypany pełny koszyk do wozu otrzymywało się malutką karteczkę, która wędrowała po zakończone pracy do obrachunku. Wszyscy liczyli na duże pieniądze. Ja jednak otrzymałem tylko 15 marek. Brat Franciszek po zabraniu oborowego do wojska objął jego funkcje. Codziennie o czwartej musiał doić ręcznie osiem- dziewięć krów, a Niemki po trzy. Bydło w porze letnie wypasane było na ogrodzonym pastwisku- Koplu o powierzchni 15 ha. Do podwórza trafiały tylko na czas udoju. Elektryczny pastuch dopełniał nadzoru. Jałowice w trzecim roku życia wywożone były wagonem na pastwiska w okolice Roztoku. Po powrocie były kryte buhajem ważącym ponad tysiąc kilogramów. Buraka cukrowego sadzono dużo. Dla naszej całej rodziny wyznaczono 75 arów do pielenia i wyrywania – paskudna praca. Przed obiadem woziłem jednym wołem liście do bieżącego skarmiania do chlewni. Jadąc śpiewałem niemiecką piosenkę „Lisie ty ukradłeś mi gęś”. Od razu halt, zjawił się policjant…

- Co jesteś Polak czy Niemiec – nie zdążyłem odpowiedzieć i już mi krew z nosa leciała. Umazany krwią bo nie miałem chusteczki dojechałem do podwórza. Policjant powiedział, że na podwórzu mi jeszcze dołoży za brak litery P. Nie zdążył. Buss wypytał kto mi to zrobił, pomógł dojść pod kran z wodą. Swoją chusteczką obmył mi twarz i kazał iść do domu. Wtedy też usłyszałem z ust zarządcy najcięższe przekleństwa niemieckie pod adresem policjanta. Oraz słowa „ To jest czternastoletnie dziecko. To jest mój najlepszy pracownik” Dwa tygodnie później zarządca powiedział „Ta świnia ma już załatwiony front wschodni”, a po czterem miesiącach przekazał mi wiadomość, że już nie żyje.

Miało miejsce takie zdarzenie. Dorwałem się do konwi z mlekiem i na spokojnie wypiłem dwa litry mleka, a brat na barana musiał mnie zanieść do domu. Pani Vunbrum chcąc wejść do obory musiała wołać brata żeby odwołał leżącego na wejściu psa – Loni. Poprzednie zlekceważenie psa kosztowało ją: przegryziony but, rozdarta pończocha i lekko draśnięta noga. Pies ten przy zapędzaniu bydła do dojenia zostawiał jałowiznę na łące, a dojne krowy doprowadzał na podwórze gdzie stojąc spokojnie bez wiązania były dojone. Po wydojeniu odprowadzał na pastwisko. Pewnego dnia po skończeniu głębokiej orki, pługiem dwuskibowym w trzy woły przyciągnąłem go na plac omłotowy. Wyprzęgane woły jadły wyrosłe młode zboże i posuwały się do przodu. Tego już wyprzęgnionego kopnąłem ze złości. Zaczął tańczyć i z łańcuchem łączącym z pozostałą dwójką przypasał mnie na wysokości mojego brzucha do nich. Ja krzyczałem z bólu, a on nadal obracał się w kółko. Tak wolno opadałem w dół, aż łańcuch zahaczył o górna wargę, nos i nagle znalazłem się na ziemi. Z mocno opuchniętą twarzą trafiłem do lekarza i dostałem dwa tygodnie zwolnienia. W porze obiadowej dnia następnego angielskie samoloty bombardowały Wismar, około dwadzieścia minut. Dym się unosił nad miastem cały tydzień. Dzieci ze szkół wywieziono z miasta bo Anglicy uprzedzili o nalocie. Miasto nie posiadało obrony przeciwlotniczej, a samoloty z podziemnego lotniska Szwerin nie wystartowały do obrony Wismaru.

Wiosna 1945 roku alarmy powietrzne się nie kończyły. Jeździłem w trakcie orki na ciągniku i tylko jako obserwator. W razie zauważenia na horyzoncie samolotu natychmiast uciekałem razem traktorzystą do głębokiego rowu albo chowaliśmy się za duże drzewa. Główna szosa Wismar – Gadebusz ostrzeliwana była przez angielskie samoloty prawie codziennie.

Dnia 30 kwietnia 1945 po załadowaniu pełnego wozu ziemniakami dostałem polecenie zawieź do wojska do miejscowości Metensdorf (oddalona od Klussendorfu około 4 km). Zaprzęgnąłem najlepszego woła „Gustawa” do załadowanego wozu i jazda. Po ujechaniu około jednego kilometra „pełny alarm powietrzny”, po pięciu minut zauważyłem zbliżający się samolot myśliwski. Zostawiłem furmankę w biegu i wskoczyłem do głęboko wyoranej na polu bruzdy- pogłębiałem ją swoimi rękami modląc się głośno. Widziałem tylko jak pociski odbijały się od asfaltu a mój „Gustaw” wykręcał mordę raz w jedną raz w drugą stronę. Po odwołaniu alarmu dojechałem do celu. Żołnierze zaprowadzili mnie do swojego bunkra. Zaopatrzenie w żywność mieli dobre, jedzenie bardzo mi smakowało. Wojsko same rozładowało ziemniaki i po odwołaniu następnego alarmu kazali szybko wracać. Zdążyłem polną drogą dojechać do naszego pastwiska, dokąd przyszła do mnie zapłakana matka. Piekarz ze względu na częstotliwość nalotów nie dowoził chleba. Poszliśmy z bratem na nogach 12 km po chleb do piekarni. Dostaliśmy kupić cztery chleby. Przy każdym nalocie obracaliśmy się wokół bardzo grubych drzew rosnących na poboczu szosy.

Updated: 19 maja 2015 — 20:35
Reklama:

Nasza prasa obejmuje swym zasięgiem cały powiat kępiński (gminy: Baranów, Bralin, Kępno, Łęka Opatowska, Perzów, Rychtal i Trzcinica). W skład tej grupy mediów wchodzi dziennik - portal ziemiakepinska.pl i gazeta drukowana - czasopismo "Ziemia Kępińska".
Na terenie powiatu działają jeszcze inne lokalne media (innych wydawców): Kepnianie.pl, Twój Puls Tygodnia, Tygodnik Powiatowy, Radio Sud, Gazeta Bezpłatna Kurier Lokalny Powiatu Kępińskiego, Tygodnik Kępiński. Polecamy również zaprzyjaźnione forum Kympno.pl
Ziemia Kępińska © 2014
Frontier Theme
Przeczytaj poprzedni wpis:
biblioteka-plakat
Noc Bibliotek w Kępnie

W sobotę 30 maja 2015 r. Samorządowa Biblioteka Publiczna w Kępnie zaprasza na ogólnopolską Noc Bibliotek . Pełną atrakcji wieczorną imprezę...

Zamknij