Ziemia Kępińska

Prasa lokalna - Kępno i okolice

Reklama:

„WSPOMNIENIA” Jana Lorenca

Uroczyste przygotowanie dla Baltendeutschów urządzano na probostwie. Do obsługi wyznaczono oprócz Niemki pani Mencel także dwie Polki – Sadura Aniela (matka Zygmunta Sadury) oraz młodziutka Zofia Kawula, obecnie Skąpska (lat 84). Po wypędzeniu proboszcza zostało mięso przygotowane do pieczenia. Ktoś je wyrzucił, bo było z nielegalnego uboju, a to groziło Oświęcimiem. Dalszy tok postępowania prowadziło gestapo. „Przestępcami” okazali się: Stajszczyk Jan i Stajszczyk Maria. Do Oświęcimia nie trafili, ale pani Marii samorzutnie trzęsła się głowa aż do śmierci. Po takim widowisku uczta na pewno smakowała rodakom nadludzi. Mąż w/w pani Mencel, nie czytaty, nie pisaty swojego knechta – służącego Mariana Zimocha z Piasków katował prawie codziennie i morzył głodem. Często ktoś z jego rodziny w trakcie wypasu bydła podrzucał mu coś do zjedzenia. Pan Mencel był Niemcem, który po I Wojnie Światowej został na swojej posiadłości w Mroczeniu. Wioskę tę i Feliksów zamieszkiwali przeważnie kolonizatorzy – HKT – drang nach osten. Przed zbliżającą się II Wojną Światową pomalowali im płoty i kominy na biało. Pilot luftwafe takich celów nie bombardował. Mencel miał dwie córki: Marta – paskudne nasienie, szkodziła Polakom jak mogła, druga Eddi – wspaniała postać, trzymała sztamę z moja siostrą Anielą, ale przerażająco bała się Marty. Mimo tego i tak biednemu Marysiowi przemycała swój chleb, którego celowo nie zjadła w szkole. W czasie ucieczki prze Ruskami odłączyła się od rodziców, wyszła za mąż za Polaka, który za jej dobre serce bardzo ją szanował. Mencel okradł także samego sołtysa Baumgertnera, który mając kuzyna w sztabie SS w Laskach na zamku – postrach Polaków w całej okolicy, otrzymał w roku 1943 dodatkowo dwa gospodarstwa po Polakach – Kula Józef (dziś Kula Krzysztof), Urbański Czesław (dziś Jurasik Piotr). Przy przeprowadzce Baumgertnera Mencel ukradł mu cały wóz zboża i to w workach. Ja obserwowałem to z odległości. Najpierw pasłem gęsi u Niemki, która objęła nasze gospodarstwo i to na tzw pasterniku, tuż za torami, na łące należącej do Meller Jadwigi. Tutaj też urządzaliśmy sobie nasze dziecięce zabawy, a nasza ekipa to Łucja, Krysia, Janka i Julek Krzyżaniakowie, Zającówna Jadzia, Terenia i Zosia Żureckie które pochodziły z Olszowy. Było to: wywijanie się na poręczach mostu, zjeżdżanie na bosakach po jego betonowej płycie – krawędzi. Niemcy po porażce na wchodzie ustawili na torze bocznym dziewięć dużych, uszkodzonych lokomotyw. Zakaz wchodzenia do nich był widoczny na każdej lokomotywie „Wejście zabronione”. Zwiedzanie odbywało się tylko we dwoje, a rozmawianie na migi żeby ktoś nie usłyszał. Z czasem urywano miedziane rurki i robiono z nich pierścionki – brudziły palce. Pierwszy zrobiłem dla siebie, drugi dla Jadzi, lubiłem się z nią bawić, a potem każdej po kolei. Wszystkie musiały być wyklepane na dorniku, opiłowane najpierw okrągłym pilnikiem od środka, a potem zwykłym pilnikiem po stronie zewnętrznej, robiąc różne dekoracyjne kreseczki. Na samym końcu należało cały pierścionek wyświecić na topolowej desce.

W roku 1942 musiałem już paść bydło u naszej pani Maier – 6 sztuk. Następnie skierowano mnie do pasenia 4 sztuk bydła u pani Traube. Dobra kobieta, nie płaciła, ale dała mamie kartę przemiałową na przemiał żyta i pszenicy. Mama bardzo się ucieszyła – była mąka na chleb. Następnym moim pracodawcą był Baumgertner. Tu na pastwisko zbendów i inne pędziłem 8 sztuk w dwóch grupach. To dopiero była mitręga – plątały się, wchodziły do szkody, uciekały przed giezami, ślepakami i bąkami. Bydło pędzono na pastwisko dwa razy dziennie. Po powrocie do chlewni trzeba było donieść trzy snopy słomy i wrzucić do żłobów. Niemcy przerabiali chlewnie według własnego uznania. Murarze do tej pracy dojeżdżali albo przychodzili pieszo zza Wieruszowa i dopiero w sobotę udawali się do domu, W każdy poniedziałek wymieniali między sobą różne wiadomości: o bombardowaniach, o wywożonych ludziach do Oświęcimia, działaniach tych z lasów i o tych co współpracowali z Niemcami. Ciekawski Janek w poniedziałek przychodził do chlewni już o godzinie 6.30 jak murarze przyjeżdżali do roboty i nastawiał uszy. Ludzie się bali – czasem słyszałem „przegońcie tego bękarta” – wtedy już byłem u swoich krów. Posłyszałem jednak taką opowieść: Idzie facet drogą obok torów, a z przeciwka jechało na koniach dwóch policjantów, zażądali dokumentów – dostali i stwierdzili, że im coś nie pasuje. Kontrolowany stwierdził, że poda drugie, dobre – wyjął pistolet i zastrzelił oboje. Serwował się ucieczką oklapem na koniu odebranym gospodarzowi który orał pole. Galopem kawalerzysty schował się w lesie. Konie policjantów były za ciężkie do ucieczki. Mama zakazała komukolwiek o tym mówić – dziecko za takie coś Oświęcim murowany. Za cały sezon wypasu 1943 i do końca maja 1944 nie otrzymałem złamanego feniga od sołtysa.

Po roku 1989, po odzyskaniu wolność w NRD syn Baumgertnera przyjechał na odwiedziny do tego gospodarza, którego on wysiedlił i wyleciał z hukiem.

Jeszcze przed naszym wysiedleniem Niemcy przystąpili do niszczenia, ścinania, rozbijania krzyży, kapliczek i figurek. Dokonywała tego ekipa z Kępna – pan Rabiega, który był trochę ułomny i dwóch pracowników. Rozpoczęli od krzyża żelaznego stojącego na granicy pola Lorenza Stanisława i Jana Urbańskiego, na trzy metrowym cokole z cegły. Stał on przy drodze Słupia – Młynarka. Sam krzyż położono pod grubą sosną na cmentarzu grzebalnym, a cegłę usunięto. Fundament istnieje do dzisiaj. Ta sama ekipa zlikwidowała małą piękną kapliczkę która stała przy obecnej ulicy Radosnej obok szosy – skręt w lewo, kierunek Piaski – fundament istnieje do dzisiaj. Figurę Matki Boskiej zabrała Wiktoria Skąpska – matka żony Mariana Składnikiewicza z ulicy Wąskiej. Ścięto także krzyż drewniany na rozstaju drogi Zmyślona – Kuźnica Słupska i do lasu pana Januszki. Następną figurkę na cokole zlikwidowano przy drodze do Joanki, przez tą samą ekipę. Figurkę zabrała pani Franciszka Barwan. Ustawiona w jej domu w formie ołtarzyka była czczona pięknym śpiewem pieśni Maryjnych i strojona polnymi kwiatami. Zniszczono także krzyż stojący na trzymetrowym cokole w Słupi przy rozstaju dróg Wąskiej i Szerokiej, fundament również istnieje. Po wojnie ustawiono tylko nowy krzyż drewniany na rozstaju dróg w kierunku Kuźnicy i lasu oraz jedyną figurkę na cokole przy drodze do Joanki.

Oto epizod z czasu okupacji. Wiosną 1944 roku gestapo przyjechało po Jana Lubowskiego do jego domu rodzinnego. Tam skatowano jego siostrę, która przez 10 dni nie potrafiła w ogóle chodzić bo nie wiedziała gdzie jest jej brat. Obecny właściciel posiadłości – Marek Białek. Następnym do zabrania przez gestapo był Hełka Franciszek – też go nie zastali. Skatowana matka i siostra Franciszka – Jadzia, z bólu wskazały adres do ogrodnika pana Januszki – Polaka pana Ogorzelskiego. Zamieszkującego wówczas na końcu parku poza istniejącym obecnie Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych (ulica Katowicka). Ogorzelski na głośne krzyki i łomotanie do drzwi wejściowych schował się za nie. Korzystając z zamieszania uciekł na zewnątrz do małego świerkowego młodnika, a świszczące z karabinu maszynowego kule nie dosięgły go. Z tej racji jako wotum za ocalenie życia pobudował w 1946 roku taką samą figurkę jaka była przed wojną. W ten sposób figurka Matki Boskiej, którą przechowywała Franciszka Barwan – Drobina trafiła na swoje miejsce. W trakcie poświęcenia figurki wiersz deklamowała Zającówna Jadwiga. Wytypowana do deklamacji 17 zwrotek została przez księdza dziekana Nowickiego za bardzo dobre wyniki w nauce religii – rocznik 1932. Po ośmiu latach została moją żoną. Pani Frania Drobinka – tak na nią mówiono, do końca życia sprzątała teren wokół figurki, sadziła, podlewała kwiaty, a przy zrywanych w wazonach wymieniała wodę. Natomiast w kościele pani Frania na długo przede mszą świętą śpiewała pięknym głosem piękne pieśni. Jeden z synów służył w MO, ale chodził do kościoła otwarcie, chrzcił dzieci, które potem przystępowały do I Komunii Świętej i do bierzmowania. Włos mu z głosy nie spadł. Gotowy był przyjąć zwolnienie, ale nigdy nie zdradzić zaszczepionych przez matkę ideałów. Lewe niemieckie dokumenty wyrobił Ogorzelskiemu pan Taborski z Baranowa. Następnego dnia stary policjant – Bajernczyk aresztował naszego kowala – pana Wacława Krawczyka, któremu oknem udało się uciec od sołtysa do lasu w okolice Wielosławic. Jako drugiego w tym dniu aresztowano brata mojej mamy – Antoniego Lorenza. Cała trójka trafiła do obozu w Radogoszczy, a następnie do Oświęcimia. Wtedy z jadącego pociągu brat mamy wyrzucił pogniecioną kartkę pocztową dla rodziców z wiadomością dokąd jadą i to jako więźniowie polityczni z czerwonymi trójkątami. Znalazca wysłał kartę w kopercie do moich dziadków. Franciszek Hełka i Jan Lubowski przeżyli w Oświęcimiu tylko dwa tygodnie. Bowiem ich bracia służyli w wermachcie i chcieli ich stamtąd wyrwać. Brat mamy władając perfekt językiem niemieckim oraz dzięki starszemu koledze z kępińskiego gimnazjum – panu Gruszce z Donaborowa, dostał się na magazyn sortujący ograbionych rzeczy od przywiezionych więźniów. Do przetrwania przyczynił się także starszy brat Antoniego – Stanisław. Pracował on jako krawiec w warsztacie pana Owoca w Chorzowie. Był mistrzem i często zastępował szefa. Zakład wykonywał usługi krawieckie w pełnym zakresie z mundurami włącznie. Przychodził też przedwojenny klient, ale już w mundurze oficera SS, który w trakcie przymiarki zapytał wujka czy to jego brat siedzi w Oświęcimiu. Jeśli tak to ma zapalenie płuc, potrzebuje czosnku i cebuli. On to może dostarczyć, ale coś za coś. Wujek zaproponował darmowe szycie garderoby dla jego całej rodziny. Nawet rzekł po Polsku „dziękuje” i słowa dotrzymał. Warzywa te zostawiał na magazynie, ale nigdy nie kontaktował się z Antonim osobiście. W taki oto sposób mój wujek doczekał się ewakuacji obozu Auschwitz. Wraz z innymi pędzony pieszo w trakcie silnego mrozu dodarł do obozu Sachsenhausen, obok Berlina. Droga gęsto usłana była trupami- półżywych dobijano kolbami. Z w/w tego obozu dodarła do nas do Klüssendorfu pocztówka od wujka, oczywiście w języku niemieckim „Jestem zdrów, czuję się dobrze, pozdrawiam wszystkich, do zobaczenia”. Mama odkroiła kromkę chleba, wydłubała mały otwór i włożyła tam trochę smalcu. Odkrojoną kromkę tak złączyła na gorąco, że nie było śladu. Następnym ich etapem przeznaczenia był obóz Bergen-Belsen, gdzie w kwietniu wyzwolili ich Amerykanie. Część zagłodzonych więźniów mimo ostrzeżeń zmarło z przejedzenia. Antoni przez czerwony krzyż trafił do Szwecji na leczenie otwartej gruźlicy. Dziura w prawym płacie płucnym o wielkości dużej wiśni, a on sam ważył 45 kilogramów. Tyle pozostało po chłopie ważącym przed obozem prawie 100 kg. Dziurę zamrożono z gwarancją na 15 lat. Jako obywatel Szwecji dostał odszkodowanie 35 tyś marek z Niemiec federalnych. Za to wykupił sobie dom w górach, często widoczny na mistrzostwach narciarskich. Wujek ożenił się tam ze Szwedką – Lis. Mieli dwóch chłopczyków. Pracował w biurze konstrukcyjnym fabryki, która dostarczała armii najnowsze urządzenia łączności. Znaleźli się „opiekunowie – dobrzy wujkowie”, którzy za cenę informacji chcieli mu sfinansować całe odwiedziny u rodziny w Polsce. Odmowa przekreśliła na zawsze jego przyjazd do Polski, do ojca, do matki, do rodziny. Bowiem kolega Antoniego – Czech z pochodzenia odmawiając współpracy z wywiadem PRL wybrał się na własną rękę do Czechosłowacji i zamiast spotkania z rodzinę trafił na trzy lata do więzienia. Wobec tego siostra Antoniego wybrała się z córką swojego brata i za zgodą komórki SB wyjechała na odwiedziny. W Szwecji spotkali się z Polakami, którzy byli w okolicy Valun – miejscu zamieszkiwania Antoniego. Ciekawi ludzie pytali
o wszystko. Ciocia Jadwiga opowiedziała ile musi odstawić kontygentu zboża, że ledwie starcza czasem na zasiew i mąkę na chleb. Kontygent żywca „kułacy” mieli wyższy od mniejszych gospodarzy. Ceny za dostawy obowiązkowe były o wiele niższe niż za produkty ponadplanowe. Ciocia opowiedziała także, iż na każde wyjście poza cmentarz kościelny trzeba było mieć zgodę władz powiatowych, np. Boże Ciało, Dzień Serca Pana Jezusa, Wszystkich Świętych oraz przy święceniu pól. Kiedy wujek zmarł ciocia zgłosiła się o zgodę na wyjazd do II wydziału MO czyli SB – szef komórki powiedział: „Proszę pani, nigdy już nie będzie takiej zgody”. Przykład następny: Chrzestny mojej żony – Sadura Jan z Buczku Wielkiego dostał zgodę na wyjazd do córki do RFN, która pojechała tam z mężem po powrocie jej teścia, po piętnastu latach z niewoli rosyjskiej. Gdy wysiadł na docelowej stacji kolejowej zięć na niego nie czekał, popsuł mu się samochód. Czekał jednak „opiekun” i ten z miejsca zaproponował bez pytania podwiezienie go do zięcia. Pan Sadura odmówił słowami: „Jeśli zięć nie przyjedzie to za dwie godziny mam pociąg powrotny i wracam do Polski”. Na spotkaniu niby ze znajomymi Polakami wiedział co mówić. Chwalił dobrodziejstwa PRL-u, a ganił czasy przedwojenne. Po powrocie przy obowiązkowym spotkaniu z majorem SB, pseudonim „Wazonik” został ugoszczony kawą i ciastkami ze słowami: Panie Sadura jest pan dobrym ambasadorem PRL, może pan jechać kiedy pan tylko zechce. Pan Sadowski – Wazonik w stanie wojennym awansował do stopnia podpułkownika i szefa wojewódzkiego urzędu bezpieczeństwa w Kaliszu. Mimo to słowa dotrzymał, a chrzestny mojej żony wyjechał do swojej córki i wnucząt. Był on prawdziwym Polakiem, ale znał życie i wiedział co mówić żeby mu nie zamknęli drogi do jego rodzinki. Oto dokładny obraz „dyktatury proletariatu”. Byli wszędzie po wojnie i szkodzą Polsce i Polakom po dzień dzisiejszy.

Wypada jeszcze cofnąć się do okresu przed wysiedleniem (19.09.1941). Pasałem wspomniane ponad 40 gęsi na bardzo małych ugorze. Sąsiad z pola p. Skąpski Feliks przynosił redyski- rzodkiewki. Jak mu nawracałem krowy ze szkody kilkakrotnie to dostawałem jedną redyskę. Pozostałe zakopał obok ogromnego topola. Ślinka leciała na te rzodkiewki. Następnego dnia skoro tylko gęsi dotarły na ugór rzuciłem się na zakopane redyski i gołymi rękami zamiast rzodkiewek trafiłem na rzadkie gówno pana Feliksa. Smród nie z tej ziemi. Biegiem do rówku który odprowadzał wodę z dren i w pewnej odległości od samego ujścia- bo stąd czerpaliśmy wodę do picia. Szorowałem te upaprane ręce w szlamie
i piasku, ale nie pomagało, Pan Feliks widząc rozkopane miejsce, wąchając okropny smród śmiał się do rozpuku i tarzał po ziemi, a ja czerwony jak burak ze spuszczoną głową siedziałem przy moich gęsiach. Pan Feliks był jedenaście lat starszy ode mnie i bardzo mądry- samouk. Pospolita bieda nie pozwalała jego rodzicom kształcić zdolnego syna. Powiedział do mnie: zapamiętaj Janek na całe życie „Kradzione nie tuczy ale rozumu nauczy”. To była rzeczywiście lekcja poglądowa na dalsze lata mojego życia. Skorzystałem z niej dokładnie.

Bardzo pomocne były wskazówki mojego wujka Piotra- kowala z zawodu, co do podania starszym gęsiom zielonych liści od maku. Siedziały spokojnie, spały nawet półtora godziny. Janek wtedy skoczył do domu, do gniazda kur po jeden albo dwa jajka surowe i piłem je na polu. Bardzo mi smakowały. Niestety z tymi liśćmi maku wywiązała się awantura, kiedy babka zobaczyła jak wysoko obskubane są łodygi – koniec świata. W między czasie mole pogryzły koronki od używanych chust do okrycia głowy oraz dużych zimowych używanych do okrycia pleców przy większych mrozach, a także do podłożenia pod kolana na betonowej posadzce w kościele. Odprute i powiązane koronki miały w sumie około 40 metrów długości. Były one przeważnie koloru czarnego. Zawieszone na kilkunastu kołkach stanowiły doskonałą barierę przed wchodzeniem gęsi do szkody. Wygodnie już było, gdy ścięto zboża na polach. Wtedy wypędzone na ściernisko trzymały się rzędu ustawionych mendli (mendel to 15 snopków zboża w jednej babie czyli w tym mendlu). Doskonale umiały omłócić taki pochylony snopek zwany także kracką. Po takiej biesiadzie były spokojne i w tym czasie trzeba było im dostarczyć wodę do picia. Jeżeli gęsi mocno ogryzły snopek to Janek go dla nieposzlaki stawiał do środka baby czyli mendla. Należało także plewnąć ziemniaki z mleczu, powoji, skrzypu polnego i innych chwastów i skarmiać to gęsiami. Przy paseniu gęsi chodziło się na bosaka. Nogi były całe pokancerowane od ścierniska a palce poobijane od „budzenia kamieni” – to tak mówiono jak człowiek nieopacznie uderzał w kamień. Gęsi należało gnać do domu jak słońce chowało się za nieboskłon. Musiały być bardzo dobrze najedzone- musiały mieć byrdy czyli pełne wole. Wtedy łyżka masła była w nagrodę do ugotowanych w mundurkach kartofli i do tego polewka rano i wieczorem z urzędu. Bardzo najedzone gęsi przy szarówce szły w pojedynczym rzędzie, zaś Janek pastuszek szedł za nimi i śpiewa taką piosenkę „Już się na zachód słoneczko skłania, pasterz do domu trzodę zagania, a z poza chmury księżyc rogaty sieje swe światło na wiejskie chaty.

Wszystko po pracy cicho spoczywa tylko w wiklinie słowik odzywa. Piosenki sielskie pędzi na pasze jak ty tatulu owieczki nasze”

Umyte na sadzawce nogi, suszone na powietrzu miały popękaną skórę, a to bardzo bolało. Leczone były łojem zwierzęcym lub masłem niesolonych. Chodzenie na bosaka rozpoczynało się po pierwszym kwietnia.

 

Updated: 19 maja 2015 — 20:35
Reklama:

Nasza prasa obejmuje swym zasięgiem cały powiat kępiński (gminy: Baranów, Bralin, Kępno, Łęka Opatowska, Perzów, Rychtal i Trzcinica). W skład tej grupy mediów wchodzi dziennik - portal ziemiakepinska.pl i gazeta drukowana - czasopismo "Ziemia Kępińska".
Na terenie powiatu działają jeszcze inne lokalne media (innych wydawców): Kepnianie.pl, Twój Puls Tygodnia, Tygodnik Powiatowy, Radio Sud, Gazeta Bezpłatna Kurier Lokalny Powiatu Kępińskiego, Tygodnik Kępiński. Polecamy również zaprzyjaźnione forum Kympno.pl
Ziemia Kępińska © 2014
Frontier Theme
Przeczytaj poprzedni wpis:
biblioteka-plakat
Noc Bibliotek w Kępnie

W sobotę 30 maja 2015 r. Samorządowa Biblioteka Publiczna w Kępnie zaprasza na ogólnopolską Noc Bibliotek . Pełną atrakcji wieczorną imprezę...

Zamknij