Ziemia Kępińska

Prasa lokalna - Kępno i okolice

Reklama:

„WSPOMNIENIA” Jana Lorenca

Moja praca na PKP zmierzała ku końcowi. Dostałem też ładne pieniądze za 40 lat pracy i 30 grudnia 1990 roku przeszedłem na emeryturę. Po końcowym naliczeniu była ona wyższa od mojego dotychczasowego uposażenia. Uciecha z pieniędzy trwała krótko. Wydano nowy przelicznik emerytalny i zabrano mi ¼ emerytury. Tak to zadziałało prawo w państwie prawa – wolnym, wywalczonym przez wpuszczoną w kanał „Solidarność”. Pani premier Suchocka – córka właściciela apteki Pleszew Miasto – wiadomej nacji, załatwiła emerytów bez mydła. Najważniejsze jednak w tym wszystkim było to, że byłem naprawdę wolnym człowiekiem. Tego drygania, prężenia się przed zwierzchnikami miałem serdecznie dosyć. Skończyły się wszelkie komisje wypadkowe, wszelkie wskazywania winnych, przesłuchiwania w prokuraturze i sądach. Tej ulgi nikt nie jest wstanie ocenić kto tego nie przeżył. Prawda od podszewki była taka, że za wszelkie braki inwestycyjne wykluczające pomyłki człowieka konsekwencje ponosili szeregowi pracownicy PKP. Dla porównania podaje: Francja dla utrzymania 1 km toru zatrudniała 11 pracowników, a PKP – 1,5 człowieka. Te cyfry mówią same za siebie. Nareszcie moja Jadzia nie musiała odczuwać tych moich nerwówek związanych z wypadkami. Zawsze tylko u Niej mogłem znaleźć słowa otuchy i pocieszenia. Teraz często wyjeżdżaliśmy rowerami na spacer, we dwoje lub  maluchami w koszyczkach zawieszonych na kierownicach – to był raj – to było prawdziwe szczęście. Nowe rowery dostaliśmy w prezencie na gwiazdkę od młodych, a to już przekraczało nasze najśmielsze oczekiwania. To było poza wszelkimi przewidywaniami. Byliśmy też wewnętrznie zbudowani, że oto młodzi z głębi serca potrafią jakby podziękować za trud i wychowanie i że są nasyceni wszelką dobrocią i szczerością. W parze ze szczęściem nie postępowało jednak nasze zdrowie. Serduszko żony zaniemogło. Skierowana na kardiologię do kolejowego szpitala w Poznaniu przyniosło faktyczne rozeznanie – angina pektoris – dusznica bolesna serca – to bardzo poważna choroba. Nitrogliceryna stała się nieodłączną towarzyszką Jadzi, używaną nawet kilkakrotnie w ciągu doby. Zmuszeni byliśmy ograniczyć ekskursje rowerowe do minimum. W ciągu dwóch miesięcy czterokrotnie karetka zabierała żonę do szpitala. Najgorsze było jednak przed nami. Badania szpitalne po zaistniałym krwotoku wykazały raka jelita grubego. Operacje przeprowadził dr Maj ze szpitala wojewódzkiego we Wrocławiu, w dniach 10.02 do 24.02. 2004r. Żona szybko stanęła na nogi. Tak, że już dnia 25 kwietnia 2004 roku po 50 latach małżeństwa stanęliśmy na nowo na ślubnym kobiercu. Uroczystość odbyła się w niedziele na sumie. Całą piękną, wspaniałą imprezę urządzili nam nasi kochani spadkobiercy, ze swoim dopiero (a właściwie już) 24 – letnim stażem małżeńskim. 50 – lecie pożycia małżeńskiego było błagalnie uproszone u Boga. Z mojej rodziny byłem jedyny, który takiego jubileuszu doczekał. Ogółem było około 70 gości. Ksiądz kanonik proboszcz Marian Biesiada zaproszony na przyjęcie zaszczycił nas swoją obecnością na kawie. Po przybyciu gości na salę strażaka życzeniom nie było końca. Kwiaty i podarunki zajęły pokaźne miejsce. Powitania gości we wspaniałym stylu i to zupełnie niespodziewanie dokonała nasza dziecinka Dorotka – to ta sama co z wiadomości szpitalnych była dla taty Janka trzecim chłopczykiem. Łezki szczęścia same stanęły w oczach – nie mogło być inaczej. Sto lat i gorzko, gorzko brzmiało bardzo przyjemnie w uszach, ale jeszcze lepszy w smaku był ten szczery i długi pocałunek – bardziej słodki i mniej krępujący jak 50 lat wstecz. Zaś spożywane potrawy przestały trącać goryczką. Natomiast powtórka zadania wychodziła już gładko po pierwszym zawołaniu, ale to smakowało lepiej od jedzenia. Zresztą 50 lat praktyki robi swoje. Serduszko Jadzinki – ta dusznica bolesna dawała często o sobie znać. Skierowana do kliniki kardiologii we Wrocławiu imieniem Curie Skłodowskiej już w miesiącu maju celem przeprowadzenia koreonarografii. Tez zabieg został jednak odwołany na skutek bardzo silnej tarczycy. Skutecznie ją podleczyła specjalistka z Poznania, pani dr Bauman.

Zastosowanie chemioterapii dla żony ze względu na chorobę serca pani doktor Dębicka nie zastosowała. Samopoczucie żony było dobre. Jednak pojawiające się sporadycznie bóle – sygnalizowały, że choroba nie odpuściła. Poprzez pobyt w kępińskim szpitalu trafiła na drugą operację do Wrocławia. Było to w dniach 8 listopad 2004 r. do 19 listopada 2004 r. Operacji dokonano 10 listopada, a 19 wypisano w stanie dobrym do domu. Przy odejściu ze szpitala żona otrzymała skierowanie do poradni chemioterapii na ulicę Hirszfelda 12 we Wrocławiu. Tam wyznaczono cztery serie zastrzyków (białej chemii – najsłabsze). Ostatni zastrzyk otrzymała 20 kwietnia 2005 roku. Szczegółowe badania krwi wykazały dobre wyniki, a merkery poniżej normy 2,0 – dopuszczalna 3,0. Dodatkowo w dniu 7 lipca 2005 wykonano tomografię komputerową – według niej wszystko miało być w porządku. Należy tu dodatkowo nadmienić, że chemioterapia Wrocław, ażeby ulżyć nam w dojazdach skierowała nas na zastrzyki do pobliskiego Sycowa. Tam izba przyjęć to naprawdę wspaniała wizytówka szpitala. Przyjmujące nas pielęgniarki i lekarze z prawdziwego zdarzenia – to ludzie z powołania i zamiłowania do swojego zawodu. Mimo ogromnego nawału pracy zawsze szczerze uśmiechnięte spieszyły z pomocą w każdej chwili, szczególnie ludziom starszym. Oni wszyscy zostali zapisani złotymi literami w naszych sercach. Tak się złożyło, że jedna z pań podających chemię, przed zlikwidowaniem porodówki w tym szpitalu odbierała naszego najmłodszego wnuka – Patryka. W takim zestawieniu przykre jest to, że służba zdrowia nigdy nie jest doceniona finansowo. Oby życie wynagrodziło im to ludzkie, miłosierne podejście. Od marca 2005 roku przyznano żonie dodatek pielęgnacyjny. Było to jakieś pocieszenie za te dwie, ciężkie przebyte operacje. Trzy miesiące żyliśmy spokojnie. Jednak pani doktor Żurakowska wysyłając moją żonę na wskazaną wyżej przerwę w terapii zastrzegła słowami „Pani już się nigdy od tej choroby nie uwolni. Proszę o tym pamiętać”.

W końcu października przyjechaliśmy na umówioną wizytę do pani Żurakowskiej – przy badaniach manualnych uciskowych brzucha żona odczuwała bóle w okolicach poprzedniej operacji. 21 listopada 2005 roku wylądowała w szpitalu. Bardzo ciężkiej operacji dokonano w dniu 28 listopada. Lekarz dawkujący usypianie – anastazjolog przy rozmowie ze mną stwierdził, po prostu uprzedził, że nie mam sobie robić większej nadziei, że żona z tego wyjdzie, za dużo organów jest do wycięcia. Ostatnia noc w domu z 20/21 listopada 2005 roku nigdy, do końca życia nie opuści moich myśli ani mojej pamięci oraz słów mojej żony Jadzinki, która rzekła trzymając mnie za ręce: „Janek, ja już do tego mojego kochanego domu nigdy nie wrócę. Janek mów co chcesz, ja to po prostu czuję”. Skoro tak mówisz o śmierci to żebym mógł, żebym potrafił to z pełną miłością i szczerością moich słów poszedłbym za Ciebie. A żona wtedy ująwszy mnie silniej w ramiona rzekła „A ja za Ciebie Janek, bez odrobiny wahania”. Tak wyglądało praktycznie zakończenie małżeńskiego ślubowania. To było dozgonne wypełnianie małżeńskiego ślubowania złożonego 25 kwietnia 1954 roku i powtórzonego po 50 latach 25 kwietnia 2004 roku. Łzy płynące z oczu same się rozmazywały na naszych policzkach. W takich chwilach całe życie jak w kalejdoskopie staje w twardej prawdzie przed oczyma. To znaczy te chwile dobre, lepsze i bardzo dobre, ale też niedelikatne i kapryśne – oby ich nigdy nie było.

Przez cały czas pobytu i to za każdą operacją odwiedzałem moją Jadzie w szpitalu z wyjątkiem dni w których ktoś z rodzinki ją odwiedzał. Wyjeżdżałem autobusem o godzinie 8.20, wracałem o 20.10. Wtedy codziennie na poboczu obok przystanku czekał na mnie domowy samochód. Czy ktoś może chce do tego sposobu traktowania emerytowanego dziadka coś dodać? Oprócz chęci doczekania się takiego samego traktowania przez swoich przyszłych domowników. Jedno w tym wszystkim jest pewne „Dobro wraca do tego, który poprzednio daje je drugiemu”. Ja natomiast składam serdeczne dzięki za okazane mi serce. Szacunek do wszystkich ludzi starszych to stary wytrych do własnego szczęścia. Kochaną Jadzię odwiedzali również ci, którzy swoje wzajemne zauroczenia chcieli uwiecznić węzłem małżeńskim. Byli to : Małgorzata z domu Tyra i Sebastian Błażejewski oraz Jarek Magot i Magda z domu Lorenc. Te zamiary były balsamem kojącym cierpienia pooperacyjne mojej żony. Błyski szczęścia migotały w oczach babci. To się udzielało nam wszystkim. Potem jednak głębokie zamyślenie – smutny wyraz twarzy i twarde błagalne stwierdzenie: „Jeżeli by się coś ze mną stało to bardzo was proszę nigdy nie przekładajcie wesela na później”. Zaś w dniu następnym rzekła do mnie załamanym głosem: Janek dopilnuj tego – chociażbym bardzo pragnęła być na tych weselach, ale moje życie gaśnie. Nie czuję się tak jak po tych dwóch poprzednich operacjach. W moim duchu i myślach, z moimi najserdeczniejszymi życzeniami które już im złożyłam, a reszta będzie jak Bóg da. Zaś prezent ma być godny ich zachowania. Dalsze leczenie zachowawcze we Wrocławiu już nie miało sensu. Uzgodniono przeniesienie do szpitala w Kępnie. Żona dowiedziawszy się o tym rzekła: „Zawieźcie mnie, ale prosto do domu, ale nie do szpitala. Oni i tak mi już nie pomogą”. I tak swoją prośbę jeszcze kilkakrotnie powtórzyła. Serce mi się kraje, a długopis rysuje koślawe literki wykonywane nerwowo drżącą ręką, chociaż od tego czasu upłynęło już ponad dwa lata. To stoi przede mną jak czarna ściana. Jednak to nie nasza zła wola lub bezduszność. To nie strach przed świadczeniem opieki – to rozległość operacji i związane z tym zabiegi pielęgnacyjne i ich częstotliwość. Brak fachowej opieki i odpowiednich środków powodowałyby bezpośrednie zagrożenie życia. Dnia 21 stycznia 2006 roku własnym samochodem przewieźliśmy żonę na oddział chirurgiczny do Kępna. Tu odwiedzanie żony, mamy, babci było codzienne – na jedną stałą przepustkę. Odwiedziny kończyły się przeważnie około godziny 20.00. Opieka w kępińskim szpitalu całego zespołu medycznego był wzorowa. Szczególnie pielęgniarki w każdej chwili, w każdym momencie swój życzliwy uśmiech i stosunek do cierpiących przetwarzały na bezpośrednią więź przyjaźni i domowo – rodzinną atmosferę. To czyste siostry miłosierdzia. Niech im to Bóg szczęściem wynagrodzi. W takiej miłej atmosferze żona przyjęła sakrament chorych. Dokonał tego młody ksiądz kapelan z parafii św Marcina w Kępnie. Był on człowiekiem młodym, ale chorowitym i już 24 razy przyjął ostatnie namaszczenie. Stan zdrowia nie ulegał poprawie, aż w nocy z 1 na 2 lutego żona straciła przytomność. Byliśmy przy niej cały czas. Około godziny 18.50 nawiązała z nami kontakt wzrokowy. Jej czyste wyraźne oczy zdawały się wysyłać dla nas ostatnie promyki ziemskiego spojrzenia. Takie to były ostatnie chwile życia z zapaloną domową gromnicą. O godzinie 19.10 przeszła do Pana. Z uproszenia Pan mi ją dał i według własnego uznania zabrał – taka była wola Pana. Był to dzień Matki Boskiej Gromnicznej – to też symbol obrony światłem gromnicy ludzi przed wilkami, a w konkluzji także przed złymi ludźmi. Na feretronie róży matek, który nosiła przez ładne parę lat był także obraz tej samej Matki Boga tylko w zmienionym malunku. Był to wspaniały dzień wybrany przez Stwórcę na zakończenie jej pracowitego życia. Jak bardzo by się chciało w tych ostatnich chwilach porozmawiać z konającym człowiekiem, poprosić o coś, poprosić o ostatnie błogosławieństwo – jak np. przed zawarciem małżeństwa. Jak bardzo by się chciało – pomyśl czytelniku, czy tak było, czy tak jest zawsze w Twoim bieżącym życiu? Wniosek jest jeden: wzajemna życzliwość, wzajemny szacunek, wzajemne przebaczanie nigdy nie narazi Ciebie na późne żałowanie i na wyrzuty sumienia. Różaniec odmawiano w domu. Ciało dopiero w dniu pogrzebu przewieziono do domu rodzinnego z chłodni w Kępnie. Najdroższa dla mnie istota na świecie wróciła do tego upragnionego domu, ale o Boże mój…tylko na trzy godziny. Do domu przy którego budowie była cichym, ale prawdziwym motorem. To ten dom przy którym tak ciężko pracowała. To ten dom, który dzięki jej gospodarności w ogóle został pobudowany. Jej zaradność, jej ciężkie doświadczenia z lat dzieciństwa nauczyło ją pokonywać wszelkie trudności. Wychowanie dzieci także spoczywało na je barkach. Pomoc dzieci przy pracach domowych i polowych była dawkowana według wieku i egzekwowana do joty. Był też czas na opowiadanie, zabawy, śpiewy, wygłupy, lanie wody wiadrami w dyngus, a potem zbiorowe sprzątanie. Pospolite psoty miała zapisane w genach, po swoim ojcu Marcjanie Zającu, który w wiejskim wydaniu był „zającem filutem”.

Na pogrzeb zjechała cała rodzina. Było bardzo dużo ludzi. Nikt nie widział moich łez. Nikt też nie mógł widzieć mojego wnętrza, to nie jest do opisania. Ta moja Gwiazda życiowa uproszona, ubłagana, a zapoznana w roku 1943 przy dziecięcej zabawie podczas pasenia gęsi na pasterniku – tuż za torami kolejowymi. Ta najdroższa dla mnie istota bezpowrotnie zgasła. Dla mnie oprócz Boga i wiary nie było większej świętości w całym moim życiu. To nie wirtualny, a prawdziwy drogowskaz w całym moim życiu. Śmierć mojej kochanej żony przerwała nitkę nadziei na dalsze, wspólne, szczęśliwe życie. Ale zostawiła przepiękny testament, testament, którego treścią była praca i uczciwość i to nas wszystkich do pójścia jej śladami zobowiązuje aż za grób. Teraz już wszystko przeminęło. Pozostały odwiedziny grobu na parafialnym cmentarzu, którego wspaniale stroi i dba w każdy czas, jej rodzona córka Dorotka. Odwiedzam cmentarz na ile mi zdrowie pozwala. Ilekroć stanę nad tą mogiłą i im więcej czasu mija od rozstania tym z większą siłą to wszystko do mnie wraca. Jedynym moim jakby ukojeniem jest trzymanie oburącz ramienia krzyża nagrobnego – wówczas takim moim wręcz pragnieniem jest by przez ramiona tego krzyża połączyć się szeptaną modlitwą ze świętych obcowanie. To mi przynosi ulgę. Samotna obecność jest mi tu jednak koniecznością. Ta łączność działa. Odwiedzanie grobu przez naszą rodzinkę jest jakby przedłużeniem odwiedzin szpitalnych, ale te były bardzo intensywne i niech tak pozostanie. Jest to także wyraz pokłonu – hołdu i serdecznej podzięki za okazaną miłość, życie i wychowanie. Wszystko to wkracza w ciąg naszego codziennego życia. Buduje zdrowe fundamenty, zdrowe relacje międzyrodzinne. Za życia żony mieliśmy taki zwyczaj, że po przebudzeniu się podawaliśmy sobie dłonie ściskając je mocno w podzięce, że żyjemy, to był taki gest, taki chwyt szczęścia. Obecnie wyciągnięta moja lewa ręka wędruje na drugie łóżko, ale tam już nie ma uścisku rączki mojej kochanej żony. Jest tylko pusta przestrzeń – zaś moja wyciągnięta dłoń musi wracać na swoje miejsce. Natomiast świadomość, że to już nigdy nie może zaistnieć sprowadza mnie do przykrej rzeczywistości – jestem sam. Wtedy rozmyślania o przebytej wspólnej drodze życia nie pozwalają już mi zasnąć. W trakcie samego snu nie nawiedzają mnie prawie żadne wspomnienia. Jedyny raz od śmierci żony obudziłem się z wyraźnie mocno wypowiedzianymi słowami Jadzi: „Janek, Ty głuptasku. Przecież ja Cię kochałam od samego początku”. Takim powrotem szczęścia nie zasnąłem do rana. Wyrzeknięte słowa przypominają jak bardzo musiałem się starać ażeby być pokochanym przez moją wymarzoną Jadzinkę. Świadomość jednak, że to już nigdy nie może się powtórzyć, zaistnieć sprowadza mnie do przykrej rzeczywistości.

 Jan LorencWspomnienia Jana LorencaWspomnienia Jana LorencaWspomnienia Jana LorencaWspomnienia Jana LorencaWspomnienia Jana LorencaWspomnienia Jana LorencaWspomnienia Jana LorencaWspomnienia Jana LorencaWspomnienia Jana LorencaWspomnienia Jana Lorenca

Updated: 19 maja 2015 — 20:35
Nasza prasa obejmuje swym zasięgiem cały powiat kępiński (gminy: Baranów, Bralin, Kępno, Łęka Opatowska, Perzów, Rychtal i Trzcinica). W skład tej grupy mediów wchodzi dziennik - portal ziemiakepinska.pl i gazeta drukowana - czasopismo "Ziemia Kępińska".
Na terenie powiatu działają jeszcze inne lokalne media (innych wydawców): Kepnianie.pl, Twój Puls Tygodnia, Tygodnik Powiatowy, Radio Sud, Gazeta Bezpłatna Kurier Lokalny Powiatu Kępińskiego, Tygodnik Kępiński. Polecamy również zaprzyjaźnione forum Kympno.pl
Ziemia Kępińska © 2014
Frontier Theme
Przeczytaj poprzedni wpis:
biblioteka-plakat
Noc Bibliotek w Kępnie

W sobotę 30 maja 2015 r. Samorządowa Biblioteka Publiczna w Kępnie zaprasza na ogólnopolską Noc Bibliotek . Pełną atrakcji wieczorną imprezę...

Zamknij