Ziemia Kępińska

Prasa lokalna - Kępno i okolice

Reklama:

„WSPOMNIENIA” Jana Lorenca

Rok 1966 – super akcja protestacyjna w sprawie listów biskupów polskich do biskupów niemieckich „Przepraszamy i prosimy o wybaczenie”. No to było „Lasse majestatis” – obraza majestatu PZPR. Wszystkie jednostki węzła Kępno i to: MD. – lokomotywownia, DZ – odcinek drogowy, DG – rejon budynków, TCL – odcinek łączności, TCz – odcinek zabezpieczenia ruchu pociągów, TMz – odcinek elektroenergetyczny. Tajna narada u zawiadowcy stacji. Sekretarz powiatowy każdemu kierownikowi z w/w wyznaczał ile listów protestacyjnych należy wysłać. Po odejściu sekretarza rzekłem: Tylko proszę mnie nie wyznaczać bo w żadnym wypadku tego nie zrobię. Wysłał taki jeden ze Słupi taki list i ksiądz proboszcz przy kolędowaniu oddał mu go, ażeby odłożył sobie na pamiątkę. Wtedy to zupełna, ale to zupełna konsternacja. Uwolnił ich od tego pracownik poczty głównej w Kępnie – pan Drzazga. Odnotował na przekazie przeznaczonym dla sekretarza partii, że wszyscy oddali swoje listy protestacyjne. Bardzo mocno mi za to dziękowali, że uniknęli piekła w domu. Wkrótce trzech ludzi z węzła miało jechać bezpośrednio protestować do Poznania. Przy sekretarzu chętni się znaleźli bardzo szybko. Jak przyszło do wyjazdu cała trójka zachorowała. Pierwszy sekretarz kazał mi wyznaczyć nową grupę. Odparłem, że nigdy tego nie zrobię, mam dosyć swojej pracy 12/12. Oto towarzysz sekretarz chciał mnie zdjąć ze stanowiska. Usłyszał to, co powinien. Strachu i pieniędzy to ja nigdy nie miałem. Partia mnie nie przyjmowała do pracy na PKP, za tym nie może mnie zwolnić. Ja żadnej pracy się nie boję – proszę sobie przeczytać mój życiorys. Zarobki za 8 godzin pracy miałem lepsze od tych moich dzisiejszych. Nikt jednak nie pojechał do Poznania. Następna akcja to Częstochowa – obchody milenium chrztu Polski. Na wyznaczony termin stacja Kępno oddeleguje do stacji przyległych wokół Częstochowy Głównej trzy składy pociągów osobowych, siedem drużyn konduktorskich tj. 21 ludzi dla odwiezienia pielgrzymów z Częstochowy. Wzmocniono posterunki MO i SOK. Przed przyjazdem pociągu relacji Poznań – Częstochowa, o godzinie 20.00 wszyscy stali na baczność na peronie. Ludzie w pociągu cały czas śpiewali piękne pieśni Maryjne. W Kępnie dosiadła grupa ludzi i to bez specjalnego ścisku. Propaganda szeptana mówiła, że ci ludzie zostaną spacyfikowani – zrobiła swoje. Najwięcej jednak z tych wsiadających to były kolejarskie rodziny bo mieli bezpłatne bilety. W kasach biletowych można było tylko wystawiać bilety pisane odręcznie.
I to super wolno, ażeby jak najmniej biletów wystawić. Oprócz półkownika SOK z Poznania, którego służby mundurowe przywitały o godzinie 20.00 to o godzinie 22.30 dojechał jeszcze pracownik ZDOKP, który był odpowiedzialny za bilety z ramienia komitetu wojewódzkiego partii. Pana pułkownika zaprowadziłem do gościnnego pokoju – wyłożyłem mu kawę na ławę, że może spać snem sprawiedliwe. Gdyby się coś działo to obudzę. Takiej konieczności nie było. Rano o godzinie 8.00 komitet wojewódzki zbierał dane o biletach. Nadzorujący z Poznania delegat podniósł słuchawkę. Jak zapytali o dane to z trzęsącą ręką mi ją oddał. Podałem: 5 blankietów i 1 kartonowy. Co pan zrobił? To na pewno było więcej! To po co oddał mi pan słuchawkę? Najlepiej jak pan wsiądzie w pociąg i odjedzie do Poznania. Do kasy biletowej i tak pan nie wejdzie, bo na pewno nie ma pan upoważnienia. A kasjerom powiedziałem ile biletów sprzedali i aby nikogo nie wpuszczali do kasy. Obsłużyć tylko tych przy okienku.

Dwie koperty do otwarcia na hasło leżały w sejfie. O gryfie tajności mobilizacyjnej specjalnego znaczenia. O godzinie 16.00 w niedziele po otrzymaniu telefonogramu należało przystąpić zgodnie z założonym planem: „Pięć pociągów osobowych z ludźmi rozładować na stacji Hanulin” – tam nie było żadnego peronu. Ludzie za pokutne mieli skakać w tory i dwa kilometry na nogach iść do stacji Kępno. Dla dyżurnego na stacji Hanulin dopisałem „Zakazuje przyjmowania pociągów osobowych do stacji Hanulin”. Nie dawać zgody na te pociągi do stacji Wieruszów. Trzy pociągi osobowe miały być przyjęte do stacji Kępno. Dyżurnemu ruchu stacji Kępno dopisałem: „Pięć pociągów osobowych dodatkowo przyjąć na tory z peronami”. Odręczne adnotacje dla stacji Hanulin i Kępno potwierdziłem datą, godziną, stemplem stacji i moim oraz własnoręcznym podpisem i numerem podawczym mojego dziennika. Gońcy specjalni dostarczyli za pokwitowaniem polecenia naczelnik oddziału ruchowo – handlowego. Za trzy dni odprawa w Ostrowie i zwrot zawartości kopert. Wszystkich rozgrzeszono z wyjątkiem zastępcy zawiadowcy stacji Kępno, który zgłosi się do gabinetu naczelnika po naradzie. Cichy pomruk na sali. Zameldowałem się przepisowo u szefa. Moje koperty wraz z wypisanymi adnotacjami leżą na stole. Co pan tu napisał? Widział pan gryf tajności? Tak, ale o dwa stopnie za wysoki. Wystarczyło „poufne” skoro mobilizacja nie była ogłoszona. Poza tym według regulaminu PKP pracownikowi nie wolno wykonywać takich zarządzeń, które zagrażają bezpieczeństwu ruchu pociągów lub pasażerów. Jeśli mnie pan ukarze – odwołam się. Obejdzie się bez tego. Powstał, podszedł do mnie, uścisnął moją dłoń i rzekł „Jest pan najmłodszym zastępcą zawiadowcy stacji, ale jako jedyny na cały oddziale postąpił pan zwyczajnie, po ludzku i przepisowo. Skąd ta odwaga?” Kawa i ciastka były już na stole. A ja rzekłem – byłem kiedyś ławnikiem w sądzie wojskowym w Szczecinie, jako zwykły, bezpartyjny żołnierz. Następnie prokurator powiatowy chciał „wykopać” swojego kolegę, a ja miałem zeznawać tak jak prokurator powiatowy sobie życzył. Odmówiłem tego i na tym się skończyło. Poza tym od pięciu lat chowałem się u dziadków, a okupacja trochę mnie przeszkoliła. Zyskałem sobie wielkie uznanie u pana naczelnika. Natomiast moje złe notowania u tych na stacji Kępno których ścigałem uległy poprawie, kiedy jako jedyna stacja odmówiła wypłacenia trzynastki na książeczki oszczędnościowe. Strasznie wówczas podpadłem u naczelnika zarządu
z Poznania. Tydzień po tym zajściu stację Kępno objęto kompleksową kontrolą, która wypadła dobrze. Powiedziałem bowiem kontrolującym dlaczego się znaleźli na stacji Kępno.

Nie trwało długo następne prostowanie garbatego. Na dwa tygodnie przed nawiedzeniem obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w Kępnie znów harmonogramy zabezpieczenia. Indywidualne odpowiedzialności, urlopy wstrzymane, żeby ludzie nie uczestniczyli w uroczystościach nawiedzenia obrazu. Wszystko po to, ażeby utrudnić życie religijne.

W oznaczonym terminie miałem dyżur od 8.00 do 20.00. Wojskową radiostację ustawiono na nastawni dysponującej w Kępnie, przy trasie Katowice – Poznań. W tym dniu przyjechałem do pracy w cywilnym płaszczu. O godzinie 21.30 przyjechała do mnie żona i przywiozła ciepłą czapkę. Dyżurny ruchu zgodnie z umową zgłosił mi, że obraz odjeżdża
z Ostrzeszowa. Przebrałem się na cywila. Zadzwoniłem do koordynatora węzła pana Kociemby, że idę z żoną na powitanie obrazu i będziemy wracać do domu pieszo. Trasa do kościoła udekorowana do podziwu. Stanęliśmy z żoną przy samych chodniku do kościoła. Podjeżdża obraz i pełne zdumienie. Czterech kolejarzy na czele z zawiadowcą odcinka zabezpieczenia ruchu pociągów, w mundurach podjęli obraz na swoje ramiona i przy głośnym śpiewie i światłach fleszy wprowadzili obraz do kościoła, a był wyraźny regulaminowy zakaz udziału w mundurach kolejowych na uroczystościach kościelnych. Do dzisiaj podziwiam odwagę tej czwórki kolejarzy – to bohaterzy na owe czasy. Nie znaleźli się tacy ludzie w naszej służbie ruchu i to tylko zwykłe tchórzostwo. Podczas oczekiwania na przyjazd obrazu, puk, puk po moim ramieniu i co ty tu robisz? Ja tu z przekonania, a pan? Cicho, cicho, ja z przymusu. To ten od szklanki. Przeczuwał on już bliski koniec pracy w SB. Dostaliśmy się z żoną do kościoła. Wspaniałe przeżycie. Około godziny 3 nad ranem dotarliśmy pieszo do naszego domu. Razem z nami wracała bardzo dużo ilość ludzi ze Słupi i Piasków. Pogróżki pod adresem pana Jendrysiaka i pozostałej trójki rozeszły się po kościach. Po paru dniach przygotowania do przyjęcia obrazu trwały w Słupi. Dekorowano ulice, domy i okna. Obrazy wystawione w naszym domu miały ramy ubrane w świeczki choinkowe. Płot oświetlony żarówkami i kolorowe wstążki powieszone na sznurku z drugiej strony ulicy. Dalej na wiosce ustawiano bramy, takie jak na Boże Ciało. Odpowiedzialną za dekorację wnętrza kościoła była pani Stanisława Jendro –  nauczycielka  tutejszej  szkoły,   a siostra mojej żony. Dekoracja ołtarza była majstersztykiem. Od samej góry ołtarza głównego zwisały bokami aż do dołu flagi biało – czerwone, a na środku aż do stojaka obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej przepiękny płaszcz królewski. Była to najpiękniejsza dekoracja z całego dekanatu kępińskiego i to zrobiona bezinteresownie – na chwałę Bożą. Parafia Kępno np zapłaciła około 40 tysięcy złotych dekoratorowi. Najlepszy kolega mojego syna Andrzeja – Józef Rachel, syn od kuzynki mojej żony Janiny wracając od swojej wybranki z Piasek, od państwa Jagieniaków, w pobliżu Słupi został potrącony przez duży samochód. Nie pomogła trepanacja czaszki. Bratanica Ewa była przy tym zabiegu w szpitalu i zaraz zadzwoniła do mnie o godzinie 3.30 żebym powiadomił rodziców. Podszedłem pod dom, a ojciec jego pyta: Janek co się stało? Józek w szpitalu, stan ciężki. Rodzice pojechali rowerami i byli przy jego śmierci. Był on uczniem szkoły kolejowej w Kluczborku. Uczył się bardzo dobrze. Super grzeczny, uczynny, koleżeński, otwarty, pomocny w każdej ludzkiej potrzebie. To był chłopak na imię. To był naprawdę ktoś. Pogrzeb też miał królewski. Dekorację mieszkańcy pozostawili i oświetlili, a 24 muzykantów orkiestry dętej z jego szkoły z Kluczborka grało tak żałośnie, że skóra cierpła. Zaś kazanie księdza proboszcza Walkiewicza nad grobem spowodowało zbiorowy szloch i płacz. Nie widziałem twardych ludzi. Wygrany hejnał „cisza” spotęgował ten ogromny żal. Kierowca, który go potrącił miał 20 lat, wyszedł z wojska. Na rozprawie rodzice Józka przebaczyli mu jego winę i życzyli ażeby taki los nie spotkał jego jako rodzica. Odpowiedź była jedna – więcej za kierownicą nie zasiądę. Ta strata jedynego syna wywarła głęboki ślad na ich zdrowiu. Nie ukojone w bólu trzy siostrzyczki na zawsze noszą go w sercu i pamięci. Nasz Andrzej, Piotrek i Dorota nie potrafili się z tej straty ocknąć. Józiu był takim kolegą Andrzeja na śmierć i życie. Gimnastykę przeprowadzali na rosnących na drugiej stronie ulicy czterech wyrośniętych wierzbach. Rozbujali wierzchołki i przeskakiwali z jednaj na drugą. Pociągami objechali prawie całą Polskę na bezpłatne bilety kolejowe. Kiedyś w wakacje pojechali do Hrubieszowa – koniec Polski, zobaczyć dziewczyny, których zdjęcia znaleźli w dzienniku ludowym. Ostrzegłem ich, jeżeli będą domy pomalowane na niebiesko – to odjazd natychmiastowy, bo taki znak rozpoznawczy mają Ukraińcy. Do spotkania nie doszło. Andrzej do jednej z nich pojechał do Warszawy, do jej cioci. Stół zastawiony po brzegi, łyżki, noże, widelce pozłacane, nie bardzo wiedział co i jak łapać w ręce. Jej ciocia miała potężne ogrodnictwo, stąd taki przepych. Na tym etapie znajomość się zakończyła. Był za biedny żeby się wiązać.

Pierworodny Piotr zbliżał się do matury w LO w Kępnie. Wychowawcą był profesor Wysocki „Trapez”. Idąc z żoną i Piotrkiem do lekarza spotkałem jego wychowawcę. To pański syn? – zapytał. Zdolny, ale leń! Jak dostanie 2 to potem jest 5. Tata upoważnił wychowawcę ażeby w razie potrzeby przeszedł na ręczne tłumaczenie – nikt z rodziny nie przyjedzie protestować. Zamiast matury można było w tym czasie ukończyć tylko 11 klas, bez dostępu na wyższą uczelnie. Pomogła jednaj jego kuzynka Ewa – maturę zdał bez kłopotu. Pojechał na egzamin wstępny do Radomia, na wyższą szkołę inżynieryjną PKP. Tam było dziesięciu chętnych na jedno miejsce i punktowo się nie załapał. Stracił tylko moje wieczne pióro „Parkera”, które mu ktoś podprowadził. Do stacji Łęka Opatowska został przyjęty na szkolenie w charakterze dyżurnego ruchu. Półroczny kurs z wyżywieniem i pensją odbywał się w ośrodku szkolenia PKP w Poznaniu, z wolną sobota i niedzielą wraz z bezpłatnymi biletami na dojazdy.

W 1967 roku pobudowaliśmy dom gospodarczy ze stodołą o wymiarach 14 x 10 m. z pustaków własnoręcznie robionych. Wykonawcą był Lenart z Janków ze swoją ekipą. Codziennie robiono około 600 pustaków dziewięciocegłowych. Polewanie wodą i oczyszczanie z ziemi oraz zwożenie na sztaple wykonywała moja małżonka. Waga takiego pustaka to około 30 kg. Dzieciaki to co potrafiły to wykonywały chętnie. Na budowę pożyczono 20 tyś zł z Banku Ludowego. Spłacanie rat nie było łatwe. Kiełbasa na stole pojawiała się bardzo rzadko i to krojona tylko w cieniutkie plasterki na chleb. Zboże zwieziono już do przykrytej stodoły. Zalewanie sufitu na pomieszczeniach gospodarczych robiliśmy oboje z żoną. Każdy grosz się liczył. Sprzedane jajka w sklepie od 30 kur starczyły na utrzymanie domu, a teraz na jedną osobę i to słabo. Taka jest nasza Polska – Europejska rzeczywistość. Mieliśmy być bardzo bogaci po zmianie ustroju – jesteśmy zwykłymi dziadami. Tak wygląda transformacja ustrojowa według p. Balcerowicza. Po kursie dyżurnych ruchu Piotr wrócił do stacji Łęka Opatowska. Praktykantka – Maryla Bąk
z Krążków, po technikum PKP w Ostrowie wpadła w oko Piotrusia no i z tego wynikło małżeństwo. Po odejściu kierownika ekspedycji w Kępnie na emeryturę, trafiłem na jego miejsce. Wprowadzenie porządku i dyscypliny trwało dwa miesiące. Starzy wyjadacze z Ostrowa stwierdzili, że może i jestem dobrym kierownikiem, ale nie piję. Podkładali mi nogi jak tylko potrafili. Wreszcie wróciłem z powrotem do służby ruchu. Naczelnikiem stacji był wówczas mgr inż. Jerzy Kupczak – bezpartyjny, ale bogaty w wiedzę kolejową, dokładny i konsekwentny. Graliśmy do jednej bramki. Przykład: SOK chwyciło kierownika pociągu który pozbierał w torach żyto, pozgarniał do worka i które kazano mu odwieź na stacje Kępno, a on wywiózł za kępiński cmentarz i ukrył pod kupką naci. Jadąc do domu włożył na rower i zapchał do Mroczenia. Tam już jednak czekali na niego strażnicy SOK, którzy podjechali taksówką. Rano o godzinie 6.20 kazałem magazynierowi wsypać do worka z żytem wszystkie śmieci ze śmietniczki i wymieszać. Pracownicy SOK nie zaplombowali tego worka ani nie przekazali pisemnie na bagażówkę. Zaproponowano sprzedaż do GS-u. Wiadomo, że zanieczyszczonego zboża nie odbiorą. Moja propozycja „upomnienia” przeszła ze względu na jego dziewięcioro dzieci. Natomiast zawiadowca stacji odmówił zapłaty za kurs taksówki. SOK napisało pismo do Warszawy o zwrot pieniędzy które wydali. Opisałem wszystkie nieścisłości jakie popełniło SOK, a było ich aż siedem. Podałem także paragrafy przepisów jakie przekroczyli. Opłatę za taksówkę musieli pokryć ze swojej kieszeni. Komendant SOK brał udział w rozdzielaniu awansów i nagród jako czynnik polityczno – społeczny. W tym czasie zawiadowca zachorował i ja musiałem dokonać podziału. Każdy członek z tego komitetu społecznego miał swojego kandydata do awansu i nagrody. Ja jednak z kadrowcem rozdysponowałem wszystkie pieniądze według swojego uznania jakie miałem do dyspozycji. Po przybyciu członków komisji postawiłem pytanie: Komu z tej listy awans się nie należy? To proszę go skreślić i podpisać swoim czytelnym nazwiskiem i na dole dopisać nazwisko które na taki awans zasługuje i to czerwonych długopisem i tam także złożyć swój podpis. Jutro rano będzie to w gablocie do wglądu. Konsternacja – nie było odważnego. Czynnik społeczno – polityczny zwalił wszystko na mnie. Na atak od obiboków nie musiałem długo czekać. Dowódca SOK przyszedł się dowiedzieć co słychać. Powiedziałem, że taki czynnik polityczno – społeczny to mam gdzieś. Zgłosił to do komitetu zakładowego partii i już byłem na egzekutywie za obrazę „wysokiego majestatu”. Zaparłem się wszystkiego, ale wiem dlaczego się tutaj znalazłem. Otóż w trakcie kontroli w kasie SOK brakowało przepitych 5 tyś zł, wiem też kto sprzedał krowę i włożył te pieniądze do kasy. Ponadto doskonale wiecie, że mogę tę sprawę odkopać w prokuraturze w trybie przyspieszonym. Włos z głowy mi nie spadł. Dowódca SOK wypadł z egzekutywy, a wkrótce poszedł na emeryturę „kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada”.

Drugi syn Andrzej uczęszczał do pięcioletniego Technikum Energetycznego Ministerstwa Komunikacji w Ostrowie Wlkp. Odjazd pociągu rano 6.10, a powrót 15.50. Propozycję internatu dla syna odmówiłem. Dostało mi się za to na pierwszym spotkaniu w wychowawcą klasy. Co to za rodzic żeby tak męczyć własne dziecko. Moja odpowiedź: Nie zgodzę się nigdy. W internacie jest jak w teatrze. Każdy opracowuje jeden przedmiot, a reszta to już proste odpisywanie – to zwykłe cwaniactwo, a nie nauka. Na trzeciej wywiadówce syn był już trzecim uczniem w klasie, a prymusi na dziesiątym i jedenastym miejscu. Panie profesorze ja codziennie dochodziłem 7 km do gimnazjum do Kępna. Wychodziłem o godzinie 12.30, powrót 22.30. Roweru nie było za co kupić – za to była zwykła bieda. To co się ciężko zdobywa, odpowiednio się szanuje. Wykładowca często na wywiadówce wymieniał Andrzeja jako dobrego ucznia. On nigdy jednak nie zgłaszał się do odpowiedzi na ochotnika. Nawet dla ratowania honoru klasy. Przez całe pięć lat był
w pierwszej trójce. Cały egzamin z matury określił jako lekką klasówkę. Na Uniwersytecie Wrocławskim zdawał egzamin wstępny w Katedrze Chemii – gdzie z matematyki otrzymał wynik negatywny. Egzamin wstępny na wyższą szkołę inżynieryjną w Opolu zdany, ale bez zamieszkania w bursie. Tym razem to ojciec nie był wstanie finansowo tego wytrzymać. Wobec tego przyjęto go na PKP – odcinek zabezpieczenia ruchu pociągów w Kępnie, działka w Łęce Opatowskiej. Po jakimś czasie wylądował w Oleśnicy w jednostce lotniczej. Tam na szkolenie z zakresu uzbrojenia migów bronią rakietową. Zeszyty do zapisów były ściśle tajne, a przy kancelarii gdzie przechowywano stał wartownik dzień i noc. Dzień przysięgi był wspaniały. Dalszą służbę odbywał w Zegrzu Pomorskim. Córka Dorota także nie miała kłopotów z nauką i to w szkole podstawowej w Słupi gdzie cała nasza trójka przechodziła przez ręce cioci Stasi – nauczycielki pseudonim „policja carska” – bardzo wymagającej. Za dobrze zdaną maturę w nagrodę pojechała z ojcem odwiedzić Andrzeja. Dzięki znajomości, na siedząco przejechaliśmy w przedziale kierownika pociągu. Na trasie pociąg uderzył w stado krów na przejeździe niestrzeżonym. Smród nie do zniesienia. Gorsze jednak podróżowanie było wagonikami wąskotorowymi do Rosnowa. Podstawiono trzy zamiast pięć wagonów. Staliśmy ściśnięci jak śledzie w beczce. Z Rosnowa jeszcze 9 km na nogach do jednostki. Odległość tą pokonaliśmy w ciągu 1,5 godziny. To co zobaczyliśmy przechodząc obok zabudowań, to niewyobrażalne na naszym terenie. Ogrodzenia połamane, szyby powybijane, dzieci umorusane, na bosaka i tylko do połowy ubrane. Dorotka zobaczyła jak wygląda PGR – owski świat. Zgłosiliśmy się na wartownie, wpuszczono nas do świetlicy, ale syn dopiero za 40 minut dotarł do nas już z nowego lotniska. Odwiedziny trwały tylko 2,5 godziny i tylko dlatego, żeby trafić do pospiesznego pociągu, który dojeżdżał do stacji Kępno bezpośrednio. Nasza ostatnia pociecha – Dorotka, za namową ojca także podjęła pracę na stacji Łęka Opatowska już od lipca 1978 roku, żeby ktoś wcześniej nie zajął etatu. Po kursie w Poznaniu wróciła z powrotem na stanowisko dyżurnego ruchu peronowego. Tam dostała szkołę życia. Prowadziła całą kasę towarową i osobową oraz książkę kasową. Przyjmowała wagony po załadunku, ale musiała również odpowiednie wagony zamawiać. Mylnie obliczone przewoźne lub bilety oraz za wszelkie pomyłki musiała płacić z własnej kieszeni. Ponadto do dyżurnych peronowych należało: utrzymanie porządku w pomieszczeniach, ubikacji i na peronach z pieleniem chwastów włącznie.
W roku 1973 zostałem wyznaczony przez ZDOP – Poznań na stanowisko kontrolera ruchu – skrót Rk12 z przydzielonymi odcinkami linii: Kępno – Krzywizna, Kępno semafor wjazdowy do stacji Herby Nowe, Kępno – Stradomia, Syców – Bukowa Śląska, Kępno – Przygodzice, Ostrzeszów – Namysłaki, od semafora wyjazdowego stacji Ostrów do semafora wjazdowego stacji Twardagóra Sycowska. Po komisyjnym przeliczeniu punktów pracy poszczególnych kontrolerów zdjęto mi połowę stacji do kontroli. Najbardziej dobijały mnie dochodzenia powypadkowe, a zwłaszcza przesłuchiwania w prokuraturze i rozprawy sądowe. W trakcie jednej z kontroli na stacji Łęka Opatowska trafiłem na przyszłą synową, na Mariannę Bąk. Po powrocie do domu rzekłem żonie: Ta Maryla to, to jest według mnie bardzo przebiegłe, a to mi się podoba. Lubiłem rzutkich ludzi.

Updated: 19 maja 2015 — 20:35
Reklama:

Nasza prasa obejmuje swym zasięgiem cały powiat kępiński (gminy: Baranów, Bralin, Kępno, Łęka Opatowska, Perzów, Rychtal i Trzcinica). W skład tej grupy mediów wchodzi dziennik - portal ziemiakepinska.pl i gazeta drukowana - czasopismo "Ziemia Kępińska".
Na terenie powiatu działają jeszcze inne lokalne media (innych wydawców): Kepnianie.pl, Twój Puls Tygodnia, Tygodnik Powiatowy, Radio Sud, Gazeta Bezpłatna Kurier Lokalny Powiatu Kępińskiego, Tygodnik Kępiński. Polecamy również zaprzyjaźnione forum Kympno.pl
Ziemia Kępińska © 2014
Frontier Theme
Przeczytaj poprzedni wpis:
biblioteka-plakat
Noc Bibliotek w Kępnie

W sobotę 30 maja 2015 r. Samorządowa Biblioteka Publiczna w Kępnie zaprasza na ogólnopolską Noc Bibliotek . Pełną atrakcji wieczorną imprezę...

Zamknij