Ziemia Kępińska

Prasa lokalna - Kępno i okolice

Reklama:

„WSPOMNIENIA” Jana Lorenca

W roku 1961 przeniesiono mnie do stacji Łęka Opatowska. Grypa azjatycka z groźnym przebiegiem pokonała po kolei całą załogę, tylko nie Janka. Jednak w czerwcu dostałem zapalenie płuc, potem gruźlica i rok zwolnienia. Jadąc na prześwietlenie do Ostrowa plułem czystą krwią. Tylko dzięki żonie nie przewróciłem się w Słupi na peronie. Lekarz wtyzjatra, dziś pulmonolog po prześwietleniu kazał mi wyjść na poczekalnie. Pomyślałem – coś nie tak. Po rozmowie z żoną i Stefanem zawołał mnie do środka. Panie Lorenc nie będę ukrywał, jest z panem bardzo źle, ale nie tragicznie. Jeśli będzie pan dokładnie przestrzegał moich zaleceń to wyjdzie pan z tego. Pali pan? Paliłem 40 mocnych na nockę. Wobec tego ma pan do wyboru, albo tę trójkę drobnych dzieci, albo łono Abrahama – wybór należy do pana. Wybieram to pierwsze. I nie zapaliłem już nigdy papierosa. Otrzymałem 60 podwójnych zastrzyków, strasznie bolesne. W ciągu dwóch godzin musiałem leżeć w łóżku. Po dwóch miesiącach na prześwietleniu wyraźna poprawa. Otrzymałem tabletki Pas, później Napasin, po 18 sztuk na dobę i 3 tabletki kwasu izonikotynowego. Podczas każdej wizyty u pana doktora byłem drobnostkowo sprawdzany co do palenia papierosów. Warstwowe zdjęcie płuc w Poznaniu także potwierdziło ogromną poprawę. Cała choroba dobiegała końca, ale przez trzy lata co pół roku kontrola w poradni przeciwgruźliczej.

Już jesienią 1962 roku zostałem przyjęty do liceum wieczorowego w Kępnie. Były to czasy kiedy dyżurny ruchu ze średnim wykształceniem dostawał dodatek od 200 do 400 zł miesięcznie. Najpierw zapisałem się do PZPR. Jedyna parszywa owca w całej moje rodzinie, a potem załatwiono mi zgodę na ukończenie klasy 10 i 11. Opinia PZPR do przyjęcia była konieczna. Nauka odbywała się cztery dni w tygodniu, a swoje 204 godziny w miesiącu musiałem i tak wypracować. Koledzy chętnie się ze mną zamieniali, ażeby umożliwić mi naukę. Często trzeba było zrobić cztery nocki pod rząd, ażeby w dzień trafić na zajęcia.

W ciągu 12 godzin przejeżdżało średnio około 100 pociągów, nie było mowy o drzemce. Roboty w naszym gospodarstwie także nie brakowało. Ta moja najdroższa żona dźwigała za mnie ten ogromny ciężar. Aż tu jesienią 1962 roku będąc w klasie 11 dostałem krwotok wewnętrzny żołądka, na skutek dźwigania dużego, ciężkiego snopu zielonej kukurydzy przy wkładaniu na rower. Lekarz chirurg nie dał mi zwolnienia. Dopiero jak zemdlałem pod kolejową przychodnią ogólną odstawiono mnie do szpitala. Straconą przytomność odzyskałem dopiero po otrzymaniu około litra krwi i to ściągniętej z Ostrzeszowa. Żona w tym czasie siedziała przy łóżku i płakała. Ja na to: Jadzia przecież nie płacz, już mogę iść do domu, nic mi nie jest. Jednak postawiona przy moim tylko łóżku pielęgniarka dawała mi dużo do myślenia – sprawa bardzo poważna. O jej, jak ja się wtedy gorliwie modliłem do Boga, ażeby przedłużył to moje życie, tylko i tylko o 10 lat – tzn. do czasu kiedy syn Piotr ukończy 18 lat i wtedy pomoże mamie zastępując tatę (w tym roku mija 47 lat). Prześwietlania nie dawały żadnego rezultatu. Leżałem w szpitalu trzy tygodnie. Zadania z matematyki dostarczała mi laborantka – Synoradzka z Kępna, z którą chodziłem do tej samej klasy. Po wyjściu ze szpitala trafiłem na naszego dyrektora, informując go o rezygnacji z chodzenia do szkoły, bo byłem bardzo słaby. Pół godziny poświęcił dla mnie i przekonał mnie bym nie rezygnował pół roku przed maturą. Na postoju taksówek nasz ksiądz proboszcz Walkiewicz zafundował mi podwiezienie na jego koszt. Stwierdził przy tym, że podobno byłem bardzo blisko świętego Piotra. Tak bardzo blisko, pod samą bramą, ale jak święty Piotr się dowiedział, że należę do partii to kopa na ziemię, na odpokutowanie. Ubaw z tego mieli ksiądz i taksówkarz. Dobry kawał rzekli. Powitanie w domu było bardzo serdeczne, ale obaj z Jadzią wiedzieliśmy, że jeszcze daleka droga do zdrowia. Chorobę zdiagnozowano jako pokrwiotoczny zanik krwi. Wkrótce udałem się do Krotoszyna do homeopaty, tego samego co po powrocie z wojska. Oto jego diagnoza – byłeś w szpitalu, pękła Ci główna żyła w żołądku, zamiast natychmiast operować przyłożyli Ci lód, przez to zrobiła się taka kałuża i teraz pod żadnym pozorem nie daj się operować. Przerwanej żyły nikt nie jest w stanie połączyć. Nie wolno pić gorącego bo to zrakowacieje. Nie wolno dźwigać ciężaru, a zwłaszcza wyciskać ku górze bo to pęknie. Pęknięcie tej kałuży to Twoja śmierć. Ale pamiętaj chłopcze Ten do góry może wszystko. Jako lekarstwo proponuje ostrożność i modlitwę, a setka przed Tobą. Powiadomiłem o tym szpitalnego chirurga, który skonstatował, że człowiek z Krotoszyna jest mądrzejszy od nich wszystkich, razem z całą dostępną aparaturą medyczną. Zdawanie matury: pisemna z polskiego i matematyki odbyło się w Kaliszu. Ustna w Kępnie i to od godziny 7.00 rano w niedziele. Nie czułem się dobrze. Jechałem do Kępna równo 40 minut. Egzamin zdałem nieźle. Z powrotem zjeżdżałem tylko z górki, a pod górkę rower prowadziłem. Jadzia stojąc ze sąsiadką na drodze wyszła naprzeciw i bardzo zatrwożona rzekła: „Janek, co nie zdałeś? Nie martw się, damy sobie radę”. Jadzinka – rzekłem słabym głosem, zdałem, zdałem, to wszystko dla naszej rodzinki. Podziękowała mi za to, a pocałunkom nie było końca. Po miesiącu podwyżka uposażenia o 200 zł za średnie wykształcenie. Naukę rozpoczęło w LO jedenastu kolejarzy, ukończyło nas tylko dwoje. Jednak po 4 miesiącach dostałem przeniesienie do stacji II klasy Kępno bo w Słupi moje wykształcenie nie było wykorzystane. I koniec radości. Znów praca z dojazdem. Stacja Kępno jest stacją dwupoziomową. Odjazdy z Kępna to: Poznań, Kluczbork, Herby Nowe, Namysłów i Oleśnica. Dwie lokomotywy manewrowe – parowe. Formowano trzy pociągi zbiorowe: Tarnowskie Góry, Namysłów, Oleśnica, oraz przejściowe z pracą w Hanulinie, relacji Skalmierzyce – Kluczbork – Skalmierzyce. Ponadto przy przewozie płodów rolnych dodatkowo formowano dwa do trzech pociągów na dobę. Ponadto na stacji Hanulin pracowały dwa pociągi pośpieszne towarowe, które zabierały wagony z żywcem i towarami łatwo psującymi się. Było tego masa. Wszystko to wynikało z właściwego rozwoju tutejszego regionu. Chleb zabrany do służby w Hanulinie przeważnie zjadałem w drodze powrotnej do domu. W między czasie zrobił się vacat dla zastępcy zawiadowcy stacji. Żaden ze starych dyżurnych ruchu nie chciał się zgodzić by przyjąć te stanowisko. Wiedzieli czym to pachnie, bowiem do jego obowiązków należały sprawy techniczne. Namawiali, namawiali, aż się zgodziłem. Wymogłem jednak od komórki partyjnej na więźle pisemne potwierdzenie, że pracownicy partyjni i bezpartyjni będą traktowani równo – zgodnie z obowiązującym kodeksem pracy i regulaminem obowiązków pracowników PKP. W przeciągu jednego miesiąca doprowadziłem do zwolnienia czterech pracowników z PZPR i jednego bezpartyjnego za nadużywanie alkoholu. Stary kierownik pociągu wyciągnął do mnie rękę i rzekł: „Nareszcie ktoś się za tych ochlaptusów wziął – tak trzymać”. Tryb artykułu 52 KP – natychmiastowe zwolnienie, bardzo skutkowało. Udokumentowane zwolnienia nie były rozpatrywane przez komórki partyjne. Nigdy też
z nikim nie wypiłem kieliszka wódki, nawet pierwszego maja. Po 6 miesiącach ślady twardej ręki były widoczne. Potem już ścigałem pracowników, którzy zarządzali poszczególnymi zespołami. Co jakiś czas komuś przytrafiło się wylecieć z pracy. To co mówiono o mnie – to się domyślam. Znalazł się i taki, który stwierdził „Jesteś gorszy od gestapowca”. I to zgłosiłem na MO. Wezwany na rozmowę przyszedł przeprosić, a ja opowiedziałem mu swój życiorys i żyliśmy na stopie koleżeńskiej. Byłem bardzo wymagający, ale nigdy, ale to nigdy człowieka nie poniżałem, ani mu nie ubliżałem. Miałem tylko jakby uraz na punkcie alkoholu. Praca moja była nie do pozazdroszczenia. Co drugi dzień 12 godzin pracy, bez zapłaty za nadgodziny. Oczywiście miałem swoich wrogów. Nie potrafili mnie uszczypnąć przez partię to spróbowali przez służbę bezpieczeństwa. Wchodzi taki „pan” i mówi, że ma ze mną do pogadania. Powiedziałem do niego: Legitymację proszę i zapis na stronie pierwszej i ostatniej. Miał bardzo zdziwioną minę. Ile było wypadków na waszej stacji w tym roku? – zapytał Czy chodzi o wszystkie czy tylko rejestrowane? Odczytałem wszystkie pięć z mojego notesu roboczego, a zgłoszone były tylko dwa i to tylko takie, które ze względu na rozmiar strat ukryć się nie dało. Te drobniejsze brałem na moje konto wraz z przynależnymi za to paragrafami kodeksu karnego. Jeśli ma pan kajdanki przy sobie to podaje ręce. Lepiej podaj kielich wódy bo mnie rura pali – ale prosił, żeby nie do kieliszka tylko do szklanki i wypełnioną wypił jak zwykły napój. Już lepiej – każdy wypadek proszę zgłaszać do mnie i się nie bój, ale ja muszę wiedzieć. Tego agenta co na mnie doniósł podam panu na tacy. Druga szklanka też poszła łatwo. Po tygodniu rano o 6.30 przy zmianie służby i manewrowych rzekłem celowo „Znów w nocy wykoleili wagon na wykolejnicy numer 8 w Hanulinie”. Już o godzinie 12 dzwonił ten od szklanki i mówił że podpadłem, ale jak usłyszał nazwisko donosiciela to przyjechał zobaczyć na grunt. Musiał jednak uwierzyć, że przy przejeździe 12 ton po wykolejnicy ślad musi pozostać, a tego nie było. Wreszcie agent przeniósł się do lokomotywowni, a jego szefa za ochlejstwo zwolniono dyscyplinarnie. To mu się należało. Spotkałem go w Czastarach jak pracował w tartaku. Cały ciężar pracy w gospodarstwie spadł na ręce moje żony, z odrobkiem za prace konne włącznie. Każdy niedzielny mój dyżur rozpoczynałem od wyjazdu mikrobusem spod stacji Kępno o 6.30 pod dom partii na rynku. Stąd oficjalnie wędrowałem do kościoła na mszę świętą, potem na Kępno Zachodnie i pociągiem do dworca głównego. Tu załatwiłem wszystkie formalności administracyjne i o godzinie 10.00 byłem w domu.

Pomagałem żonie lub babci ile mogłem, to im się należało. Żona za namową babci zgodziła się nosić obraz Świętej Rodziny na wszystkich uroczystościach kościelnych i w pielgrzymkach do sąsiedniej parafii i to na nogach. Były to parafie: Laski, Grębanin i Donaborów. Noszenie feretronów to było duże wyróżnienie, duży zaszczyt, a Janek chodził w glorii chwały, że to wybór padł na moją Jadzinkę. Swoją drogą Ona naprawdę była piękną kobietą i dobrą katoliczką. Wszystkie tajemnice Różańca Świętego oraz Litanie Loretańską odmawiała z pamięci. Nie ciężko jej było uklęknąć po całodziennych trudach do pacierza. Czasem jak mnie brało lenistwo to słyszałem takie powiedzenie: Janek, wiesz co? Nawet zwierzęta (krowy) przyklękają przed spoczynkiem i przed wstawaniem – zmieścisz się przy łóżku, chodź chodź. Jej ciepły i serdeczny głos robił swoje i to na dłuższy czas. Nie mogłem się temu oprzeć. Jeszcze dzisiaj dziękuje Ci za to mój Skarbie. W pracy na stacji Kępno oprócz trudności technicznych – przerabianie około 2 tyś wagonów towarowych i około 200 osobowych w rozrządzie płaskim, to były mierniki prawie niewykonalne. Dla mnie jednak najgorsze były ćwiczenia obronne i poprawki do mobilizacyjnych rozkładów jazdy. No
i oczywiście wszystkie akcje wyznaczane przez kierowniczą rolę partii.

Updated: 19 maja 2015 — 20:35
Reklama:

Nasza prasa obejmuje swym zasięgiem cały powiat kępiński (gminy: Baranów, Bralin, Kępno, Łęka Opatowska, Perzów, Rychtal i Trzcinica). W skład tej grupy mediów wchodzi dziennik - portal ziemiakepinska.pl i gazeta drukowana - czasopismo "Ziemia Kępińska".
Na terenie powiatu działają jeszcze inne lokalne media (innych wydawców): Kepnianie.pl, Twój Puls Tygodnia, Tygodnik Powiatowy, Radio Sud, Gazeta Bezpłatna Kurier Lokalny Powiatu Kępińskiego, Tygodnik Kępiński. Polecamy również zaprzyjaźnione forum Kympno.pl
Ziemia Kępińska © 2014
Frontier Theme
Przeczytaj poprzedni wpis:
biblioteka-plakat
Noc Bibliotek w Kępnie

W sobotę 30 maja 2015 r. Samorządowa Biblioteka Publiczna w Kępnie zaprasza na ogólnopolską Noc Bibliotek . Pełną atrakcji wieczorną imprezę...

Zamknij