Ziemia Kępińska

Prasa lokalna - Kępno i okolice

Reklama:

„WSPOMNIENIA” Jana Lorenca

Prezentujemy „Wspomnienia” Jana Lorenca w wersji oryginalnej. „To książka zapisana życiowymi wspomnieniami wiejskiego chłopaka” z lat 1930 – 2008. Książka została wydana w 2008 roku przez najbliższych Pana Jana na jego 78 urodziny.

„Życie przemija, lecz pamięć pozostaje”.

Mojej Drogiej Żonie – Jadzince

Wspomnienia te poświęcam.

Jadwiga Zając - Lorenc i Jan LorencZdjęcie wykonano 10 czerwca 1951 roku przed odbyciem służby wojskowej.

Jadwiga Zając – Lorenc ur. 31.08.1932r.

Jan Lorenc ur. 14.12.1930r.

Wioska Słupia pod Kępnem znajduje się obok trasy Katowice – Poznań. Przed wojną należała do gminy Kępno – Południe, obecnie gmina Baranów, powiat Kępno. Posiadała Kościół Rzymsko-katolicki, szkołę podstawową – czteroklasową, cegielnię , stację kolejową przystosowaną do za i wyładunku towarów. Właścicielem majątku o obszarze 2500 mórg – 800 ha ziemi i lasu i gorzelni był Janoszka – Czech z pochodzenia. Do granicy Polsko – Niemieckiej było około 20 km. Przebiegała ona między polskimi Siemianicami, a niemieckim Kostowem, obecnie na byłej linii granicznej stoi tablica „Województwo Wielkopolskie”. Stacją graniczną PKP była Łęka – obecnie Łęka Opatowska – oddalona od stacji Słupia o 6 km. Codziennie kursowały dwa pociągi osobowe z dziećmi do i ze szkoły w Kępnie. Była tam obrotnica do obracania lokomotyw. Dziura po likwidacji istnieje do dnia dzisiejszego. Rodzice moi to: Lorenz Józef, matka Stanisława z domu Lorenz z sześciorgiem dzieci (siódme – Piotr zmarł po urodzeniu). Prowadzili własne gospodarstwo 7,5 ha plus 2,5 ha dzierżawy ziemi księżej. Żyliśmy skromnie. Rano i wieczorem polewka na kwaśnym mleku lub maślance i kartofle gotowane w mundurkach. Dodanie do tego odciśniętego sera było rarytasem – bo on był potrzebny do smarowania chleba. Mięso na obiad było rzadko.

Mając pięć lat za namową siostry mamy i dziadków – „U nas będzie Ci lepiej” zgodziłem się pójść jak to mówili „na służbę”. Podchlebiano mi się żebym tylko nie uciekł do rodziców. Dzieci dziadków – ośmiu synów i jedna córka (oprócz mojej mamy) byli ludźmi dorosłymi. Jedni pracowali, inni się kształcili. Gospodarstwo dziadków to 12,5 ha. Była duża swoboda – Janek obrastał w piórka. Zrobiłem się nieznośny bo babka nie pozwalała mnie bić. Ale jak nie słuchałem jej, to wymiar był natychmiastowy. Straszenie, że wrócę do domu nie miało sensu. Tam posłuszeństwo było na pierwszym miejscu. Ojciec dawał polecenie tylko raz, ale nie bił nas nigdy, a często brał tych młodszych na kolana i śpiewał żołnierskie piosenki. Mając sześć lat musiałem zaniesionych przez babcie małych gęsi na łąkę – sumiennie pilnować, a było ich zawsze około 40 sztuk. Jesienią przyjeżdżali kupcy i wybierali te najładniejsze i odsyłali wagonami na Śląsk. Cały jarmark gęsi odbywał się na łąkach zwanych „rajem”, na końcu wioski przed torami PKP.

Rok 1937 – rozpocząłem naukę w szkole podstawowej i w czerwcu 1939 roku ukończyłem drugą klasę. Coraz więcej rozmawiano o wojnie. Kierownik szkoły Pan Buchta przeprowadzał szkolenie ludności z zakresu ochrony przeciwgazowej. Wiosną 1939 roku po ukazaniu się olbrzymich czerwonych znaków na niebie – wyglądało to okropnie – patrzyłem tylko przez okno, bo się bałem wyjść na dwór. Babka powiedziała do mnie „Dziecko będzie krwawa wojna jak to niebo”. W gazecie „Nowy Przyjaciel Ludu”- napisano, że to była zorza polarna, a dziadek skomentował, że to będzie drugie Verde – największa bitwa I Wojny Światowej – w której brał udział. W trakcie wakacji szkolnych 1939 roku przebywali u dziadków: ciocia Hela – której rodzina została wydalona z Niemiec po dojściu Hitlera do władzy, oraz wujek Franek podporucznik rezerwy wraz z żoną i córeczką Wiesią, który po ogłoszeniu mobilizacji wyjechali do swojego Chorzowa. Stamtąd wujek poszedł na wojnę, ciocia ze swoją sześciotygodniową córeczką w zwykłej walizce uciekała aż do Zaleszczyk – tereny te zajęła Armia Czerwona. Placówka przedstawicielska niemieckiego Wermachtu także była w Zaleszczykach. Ciocia władając biegle językiem niemieckim zwróciła się do oficera Wermachtu z prośbą o udzielenie pomocy, żeby mogła wrócić ze swoją malutką Wiesią na Śląsk. Komendantura załatwiła jej bilet pierwszej klasy i ciocia wróciła na ulicę 3 maja – do Chorzowa. Ta moja ciocia Hela i kuzynka Wiesia do dziś żyją (grudzień 2008) w Tarnowie Zachodnim. Tymczasem po ogłoszeniu mobilizacji wojenna trwoga i strach przygniatały wszystkich. Dnia 29 sierpnia 1939 roku do chłopców pasących bydło pod lasem na łąkach, zwanych „zbędów” wyszli niemieccy żołnierze z bronią, ale chłopcy nie znali języka i dlatego poszli z powrotem do lasu.

Dnia I września o godzinie 5.00 zmotoryzowany patrol niemiecki, z karabinem maszynowym na łódce motocykla podjechał do Słupi od strony Piasków i wkrótce zawrócił. Zamiast do szkoły poszedłem zobaczyć do rodziców, którzy mieszkali na przeciw kościoła, na ulicy Wąskiej, a tam grobowa cisza. Słyszałem tylko jak kolega ojca mówił: „Józek, chodź, chodź bo nas rozstrzelają”. Ojciec się wreszcie zgodził. Wtedy wszyscy razem odmawialiśmy modlitwy przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Ta modlitwa to szloch połączony z głośnym płaczem. Nie życzę nikomu takiego rozstania, nawet najgorszemu wrogowi. Ojciec rozpoczął pożegnanie od najmłodszej siostrzyczki – czteroletniej Tereni, a potem kolejno 6 lat – Czesiu, 9 lat – Janek, 10 – Aniela, 12 –lat Franciszek i 13 lat – Stasiu. Moja mama żegnając się z ojcem uwiesiła mu się na szyi i rozpaczliwie błagała „Józek nie zostawiaj mnie samą z tymi małymi dziećmi – jeśli mamy zginąć to niech zginiemy razem”. Decyzja ojca była natychmiastowa, zostaję z wami. Kolega ojca Grześniak Józef, kuzyn mojej mamy, uciekał sam. Ojciec doskonale zdawał sobie sprawę jak wyglądają działania wojenne. Jako chłopak 20 –sto letni brał udział w walce o Wilno z Bolszewikami. Tam został ranny, ale koledzy wrzucając go na furmankę konną uratowali mu życie. Brał także udział w obronie Warszawy, był uczestnikiem Cudu nad Wisła. Otrzymany od swojej matki medalik i gorąca modlitwa na tej wojnie były dla niego całą nadzieją i pomogły przeżyć. Bardzo ucieszony, że ojciec nie będzie uciekał wróciłem do dziadków. W tym czasie ludzie z Lasek, Wodzicznej, Trzcinicy, Buczku, Rychtala uciekali na Warszawę. Byli też uciekinierzy na rowerach i pieszo. To z Januszki ustawionych stogów pszenicy do zimowej młócki, blisko cegielni, tuż przed przejazdem PKP (dziś działka pana Jagieniaka) wojsko niemieckie strzelało do ludności cywilnej z ciężkiego karabinu maszynowego. Musieli tam być dowiezieni pod osłoną nocy. Stogi były wysokie, około 7 metrów. Taką samą zasadzkę urządził wermacht na stogach w pobliżu dwóch żelaznych mostów kolejowych. Żołnierz Polski korytem rzeki dotarł jednak do mostu i wysadził go w powietrze. Tą samą drogą wracając uciekł bez szwanku.

Właściciel majątku, faktycznie był szefem gestapo na powiat kępiński. Jedynym dobrym uczynkiem jakim zrobił w czasie okupacji to uwolnienie księdza proboszcza ze Słupi – Walentego Nowickiego, z więzienia i za jego zgodą do końca wojny przebywał na terenie wioski. Ksiądz Walenty Nowicki doczekał złotego jubileuszu kapłaństwa w 1947 roku. Był jedynym księdzem w okolicy, który potrafił uwolnić skutecznie ludzi od złego ducha. Przed odprawieniem egzorcyzmów o chlebie i wodzie pościł przez 40 dni. Przykład: Piaski, pani Woźniak.

1 września 1939 roku niemieckie samoloty od rana bombardowały Wieruszów i wracały z powrotem po nowe bomby. Potężny ryk samolotów oraz olbrzymie pole ognia i dymu przerażały wszystkich ludzi. Dywizja pancerna przyjechała od strony Kostowa, a od szosy udała się w kierunku Młynarki. Polacy jednak wysadzili most na Prośnie i czołgi około godziny 14.00 zawróciły i pojechały przez wioskę w kierunku Janków. Już 2 września sołtys w trybie natychmiastowym wyznaczył ojca z końmi do podwożenia wozów z amunicją dla niemieckiego frontu na linię miejscowości Lututów, skąd szczęśliwie powrócił do domu. Konie miały mocno pokaleczone nogi od drutu kolczastego, które sam wyleczył swoim sposobem. Na początku, przez dwa miesiące chodziłem do niemieckiej szkoły, potem Polakom zabroniono. Moi wujkowie – ośmiu – było na wojnie. Nie powrócił tylko p.por Franciszek, zamordowany przez NKWD w Katyniu. W domu pozostali tylko stary dziadek, babcia i ciocia Jadwiga oraz Janek dziewięciolatek.

Pewnego wieczoru jedząc kolację usłyszeliśmy jednocześnie jak ktoś w wojskowych butach szedł z rowerem po wybrukowanym podwórzu. Było wyraźnie słychać oparcie roweru o ścianę domu. Otworzył uliczkę i drzwi do komory, wprowadził tam rower i oparł go o ścianę odgradzającą kuchnię od komory. Ja oparty o tą ścianę jadłem kolację. Potem zamknął drzwi i uliczkę od komory i raźnym, ostrym krokiem otwierając drzwi do sieni wyłożonej drobnymi kamieniami wszedł do środka. Ciocia Jadwiga zawołała: Który tam idzie niech wchodzi! Co też wyraźnie wszyscy słyszeli. Dalej milcząca cisza i raptem jedzący kolację zaczęli rozmawiać po niemiecku. Ja wskoczyłem pod pierzynę w pełnym ubraniu i butach ze strachu. Babcia z latarnią naftową obeszła pokój i ze sieni zajrzała na górę. Nikogo jednak nie spotkała. Po powrocie do kuchni stwierdziła: To była wiadomość, że któryś z naszych synów na pewno zginął. Po powrocie ciotki Heli z Zaleszczyk nadszedł list z informacją, że przy odmawianiu pacierza słychać trzykrotne stukania na blachach paleniskowym na piecu kuchennym. Pukanie to skończyło się po odprawieniu trzydziestu mszy gregoriańskich.

Naukę religii w naszej parafii w początku okupacji prowadził ksiądz Wojciechowski z Bralina, którego parafianie wyrzucili bo był wielkim patriotom, a nasz ksiądz był już w podeszłym wieku. Często po mszy świętej Niemcy urządzali łapanki, a zatrzymanych wywozili na roboty przymusowe do Niemiec. Ksiądz Wojciechowski zdecydował, że możemy już przystąpić do I Komunii Świętej – uprzedzając o grożącym niebezpieczeństwie. Normalnie I Komunię Świętą przyjmowało się dopiero z 3 klasy szkoły powszechnej.

W wyznaczonym dniu roboczym zgłosiło się nas tylko dwoje. Około tygodnia później zamknięto kościół zawieszając tabliczkę z napisem „Polnische kirche”. Niebawem też przyjechali robotnicy i zabrali wszystkie dzwony, z sygnaturką włącznie, która sygnalizowała, że za 15 minut rozpocznie się msza święta lub inna uroczystość. Wtedy ksiądz Wojciechowski ukrywał się jeszcze w naszej wiosce. Schwytany później przez gestapo zginął w Dachau. Zaś hitlerjungen powybijali szyby w kościele kamieniami, ci od Baltendeutschów.

Dnia 19 września 1941 roku wszystkich gospodarzy którzy stanowczo odmówili podpisania Volkslisty – wysiedlili. Czas na opuszczenie domu to 5 minut i to o godzinie 4.30 rano. Tylko drobne rzeczy zdołano zabrać, reszta wraz z całym dobytkiem musiało pozostać dla przywiezionych Baltendeutschów. Podstawione furmanki konne odwiozły wszystkich po dokładnym sprawdzeniu i spisaniu przez gestapo w kościele do Kuźnicy Skakawskiej w pobliżu Wieruszowa. Tam rzeczy, które zdążono zabrać przy wysiedlaniu(było ich bardzo mało) rzucono pod płot. Furmanki odjechały, a wysiedleńcy szli od domu do domu błagając o jakiekolwiek schronienie. Ale ci dobroduszni ludzie nikogo nie pozostawili pod płotem, pod gołym niebem. Rodzice dostali schronienie u państwa Skotników i musieli chodzić do pracy przy budowie drogi Kuźnica Skakawska – Wieruszów i to za darmo. Powrót do wioski Słupia zabroniony, środków do życia brak. Chodzili więc rodzice na zebry do swoich krewnych i znajomych, ale wówczas nikomu nie zbywało. Wtedy to ta pajda suchego chleba smakowała najlepiej. Pierwszym na liście do wysiedlenia znalazł się mój ojciec, który odmawiając podpisania volkslisty stwierdził: „Polakiem się urodziłem i Polakiem umrę”. Rodzice biegle władali językiem niemieckim, chodzili i kończyli szkołę niemiecką – zabór pruski. Wiosną 1942 roku po cichu, po kryjomu zamieszkaliśmy rozdzieleni po dwoje u krewnych i znajomych w Słupi, którzy nie zostali wysiedleni. Ojca skierowano do pracy w cukrowni „Bernstadt” – Bierutów. Mama i nas trójka braci, Jan, Franciszek i Czesław znaleźliśmy schronienie u pani Rokity, obecnie pan Pniak, ulica Wąska. Siostra Aniela i Terenia także na ulicy Wąskiej u państwa Ostrowskich, dzisiaj zamieszkuje tam Lorenz Jan. Brat Stanisław u kuzyna mamy w Smardzach. W porze letniej pasaliśmy przeważnie krowy lub gęsi u Niemców. W porze obiadowej biegaliśmy do lasu po suche gałązki, szyszki, albo korę z kopalniaków i takie byrdy – snopki lub worki nosiliśmy na plecach, przepasane powrozem i poprzez ramiona mocno trzymane rękami na piersiach. Odległość z lasu do domu to 800 do 1000 metrów. Przy odpoczynku noszone byrdy ustawiano na koronie rowu ażeby było łatwiej wstać z tym nielekkim snopem lub workiem. Najgorszym jednak był strach przed właścicielem lasu – panem Januszke. Przez całą wiosnę i lato składaliśmy to żeby codziennie mama miała czym ugotować jakiś płony – chudy obiad, a zimą ogrzać mieszkanie. Dużym ratunkiem dla nas były pnie ze zrębu, które Niemcy pozwalali Polakom wykopać. Aby to robić to trzeba było pokonać 15 km drogi w jedną stronę. Wychodziliśmy z domu około godziny 5.00 rano z mamą, Jankiem lat 12 i Franciszkiem lat 15. Ziemia już była lekko zamarznięta. Wędrówka trwała około 3 godzin. Powrót do domu – godzina 19.00. Jak usiadłem na łóżku to tylko byłem zdolny powiedzieć: „Mama włóżcie mi moje nogi na łóżko” i cicho płakałem. Czasem się zdarzyło, że jadące tam furmanki zabierały nas ze sobą. 15 pni było do wykopania, taki był przydział. Leśniczówka nazywała się „Wesoła”. Z tej leśniczówki w roku 1942/43 gestapo pochwyciło ukrywających się tam akowców, a leśniczy Pocha wylądował w Oświęcimiu i tam zginął. Przywiezione do domu pnie łupał na kawałki mój dziadek. Brałem również udział przy rąbaniu tych pni. Obrzynanie bocznych korzeni piłą ręczną było dla mnie mordercze. Rozbijanie pni o średnicy 60-70 cm klinami, najpierw żelaznymi, później drewnianymi było wyższą sztuką doświadczonego, starego dziadka Lorenza Stanisława, ojca mojej mamy. Mawiał zwykle…najpierw pomyśl, potem ustaw klin i uderz młotem, który ważył tylko 5 kg. Ponadto twierdził, że przy pniach trzy razy się ogrzewasz: 1 – przy kopaniu, 2 – przy rąbania, 3 – przy piecu – dobre sobie.

Poniżej podaje nazwiska Niemców którzy zajęli gospodarstwa wysiedlonych Polaków:

Maier:
- Meller Jadwiga – obecnie Antoni Małolepszy
- Lorenz Józef – obecnie Lorenz Józef (wnuk)
- Musiała Mikołaj – Paluch Ewa (córka)

Mencel:
- Skąpski Jędrzej – Białek Czesław

Büber:
- Skąpski Wacław – Skąpski Zbigniew
- Skąpski Franciszek – Wierzbiński Jan

Simon:
- Sadura Jan – Gruszka Lidia
- Zimoch Michalina – Zawieja Marian

Büber:
- Hendrys Piotr – Białek Czesław
- Skąpski Mikołaj – Ogorzelska Maria

Maier:
- Henrys Wojciech – Hendrys Tomasz (wnuk)
- Małolepszy Mikołaj – Małolepszy Franciszek

Baumgertner:
- Górecki Walenty – Górecki Sylwester
- Lorenz Stanisław – Lorenz Grzegorz (wnuk)

Traube:
- Gruszka Wacław – gospodarstwo w dzierżawie.

Radke:
- Stajszczyk Piotr – Stajszczyk Stanisław (syn)
- Urbański Jan – Urbański Stanisław

Herter:
- Jeż Wacław – Jeż Antoni (syn)
- ksiądz Walenty Nowicki – ksiądz kanonik Biesiada Marian

Sziller:
- Woźniak Franciszek – Woźniak Stanisław (wnuk)
- ziemia organisty – dzierżawa

Updated: 19 maja 2015 — 20:35
Reklama:

Nasza prasa obejmuje swym zasięgiem cały powiat kępiński (gminy: Baranów, Bralin, Kępno, Łęka Opatowska, Perzów, Rychtal i Trzcinica). W skład tej grupy mediów wchodzi dziennik - portal ziemiakepinska.pl i gazeta drukowana - czasopismo "Ziemia Kępińska".
Na terenie powiatu działają jeszcze inne lokalne media (innych wydawców): Kepnianie.pl, Twój Puls Tygodnia, Tygodnik Powiatowy, Radio Sud, Gazeta Bezpłatna Kurier Lokalny Powiatu Kępińskiego, Tygodnik Kępiński. Polecamy również zaprzyjaźnione forum Kympno.pl
Ziemia Kępińska © 2014
Frontier Theme
Przeczytaj poprzedni wpis:
biblioteka-plakat
Noc Bibliotek w Kępnie

W sobotę 30 maja 2015 r. Samorządowa Biblioteka Publiczna w Kępnie zaprasza na ogólnopolską Noc Bibliotek . Pełną atrakcji wieczorną imprezę...

Zamknij